Mój dobrodziej mieszka na wsi. Na wsi pełnej kurczaków, indyków, owiec i świnek, kukurydzy i fasoli. Mieszka tu też aktualnie jego brat, siostra i ojciec. Wesoła rodzinka.
Tak się składa, że mój host jedzie dziś do Mexico City, z którego poleci do Paryża na trzy tygodniowy urlop. Ha. Temu to dobrze. Choć nie tak dobrze jak mi.
Jedziemy na drugi skraj miasta. W sumie to bardzo dobrze, że wczoraj nie próbowałem tego przejechać samodzielnie. Nachodził bym się tylko.
Ale i tak się nachodzę. Żegnam moich dobrodziejów i ruszam. Na początek muszę trochę pobutować. A potem trochę więcej pobutować. I jeszcze. I jeszcze trochę.
Do przejechania tylko jakieś 70km. A wzięło mi kolejne 4 godziny… Ech. To się powtarza już kolejny raz. Zaczynam się zastanawiać czy nie warto by się zastanowić nad jakąś alternatywą dla stopa. Zwłaszcza na krótsze dystanse.
Ale dotarłem. Gorzej, że nie mam hosta. Na wczoraj miałem. Na dziś nie. No to rozsyłam wiadomości i czekam. Przy okazji się przespaceruję.
Mijają godziny i nic. Powoli zaczyna się pojawiać słaba perspektywa braku noclegu. Ale nie. Po 10 ale znajduje się jeden anioł. Edgar. Nie ma go w mieście. Ale ma puste Airbnb. Mogę wziąć. No to elegancja:)
Miasto Guanajuato. Stolica stanu Guanajuato. Jakie jest, widać na zdjęciach. Wąskie, ciasne, tłoczne i absolutnie przeurocze. Pełne turystów, ale niemal wyłącznie wewnątrz krajowych.
Dzięki uprzejmości moich gospodarzy zostałem tu w sumie 5 dni. Była okazja na mieszkanko na wyłączność to wziąłem. Zawsze to opcja trochę naprawdę wypocząć. Nie wiadomo kiedy przydarzy się następna. Przyszło mi mieszkać w dwóch różnych apartamentach Edgara oraz zobaczyć trzeci. Wszystkie w zupełnie różnym standardzie. Jeden, taki naprawdę premium, drugi bez okien, trzeci pośredni:).
Poza tym z Edgarem miałem okazję wypić piwo, zjeść kilka sniadań, trochę pogadać. Chłopak jest zapracowanym architektem. Pokazał mi trochę swoich projektów. Spoko.
Miałem też okazję odwiedzić Rogera. Amerykanina, który spokojną emeryturę przeżywa właśnie w Guanajuato. Uwielbia to miejsce. Mówi, że czuje się w Meksyku dużo bezpieczniej niż w USA 😅
Towarzyszy mu Charlie. Suka. Spokojnie sobie żyją w pięknym kolorowym miasteczku. Roger to zaawansowany weganin. Przygotował mi jakieś wegańskie żarcie. Zjadłem. Świetny facet o szerokiej wiedzy. Dobrze się gadało.
Poza tym na obiad wyciągnęła mnie Mariana. Na taki obiad, po którym potem nie jadłem nic przez 24 godziny😂
A samo Guanajuato? To jedna wielka impreza. W czwartek z okazji czwartku. W poniedziałek z okazji poniedziałku. Itd.
Z tym, że w żadnym stopniu nie przypomina to chociażby Tijuany. Zamiast prostytutek uliczni artyści. Zamiast striptizu mariachis. Dużo bardziej familijnie. Bezpieczniej. Jak dla mnie, zdecydowanie fajniej:)
A poza tym? Odwiedziłem fryzjera. Zbierałem się już od miesiąca. I odparzyłem nos na słońcu. Jak cholera. A krem od Magdy w plecaku leżał… 😅







































































































