Dziś wybieram się jeszcze raz do historycznego centrum Guadalajara. Na trochę dłużej i trochę dokładniej. Fajnie tu.
Do domu wracam na wieczór. Moja hostka już słodko śpi. Sama też wróciła nie dawno. No to niezła impreza była. W sumie to się cieszę, że się nie dałem wyciągnąć. Dziś spokojna niedziela. Nie będę niepokoił mojej zmęczonej gospodyni. Zajmę się sobą.
Następnego dnia rano, do domu wraca córka Gorettin. No to muszę zdać pokój. Zostawiam wszystko elegancko. Idziemy na śniadanie. Szczęśliwe zamiast tortilli, bułka. Cudownie! Potem dziewczyny zabierają mnie do okolicznego parku. Przyjemnie.
Ale czas mi jechać dalej. Choć nie daleko. Jadę do Zapopan. To technicznie rzecz ujmując oddzielne miasto ale w praktyce to samo co Guadalajara. Nikt tu nie rozróżnia. Już całkiem nieźle ogarniam się w transporcie. Jest metro. Godzinka i jestem na miejscu.
Moi gospodarze to 5 osobowa rodzina w 10 osobowym domu. Nikt dokładnie nie wie ile osób tu mieszka ani ile jest ich w danym momencie. Gospodyni ma 4 dzieci. Ale mieszkają tu też krewni, koledzy z podwórka i lokatorzy. Cudowny chaos:)
Wieczorem idę przespacerować się po starym mieście Zapopan. Spoko. Kosztuję ulicznego jedzenia na słodko. Takie se.
Następnego dnia ruszam w drogę z samego rana. Cel: Guanajuato. Jakieś 300km. Ale też autostop nie działa jakoś wybitnie. Powinno się udać. Przejeżdżam komunikacją na drugi koniec miasta i w drogę.
Kombinuje. Sprawdzam autobusy podmiejskie. Jadę trochę na czuja. Wybrałem mniejszą, mniej uczęszczaną drogę. Szału nie ma. Ale jakoś tam krok po kroczki poruszam się do przodu. Tu ktoś podrzuci motocyklem. Tu ktoś weźmie na pakę. Jeden ziomek jedzie dostawczakiem. Mówi, że nie może wziąć mnie na siedzenie bo jest tam kamera, a pracuje (to by tłumaczyło, czemu ani razu nie zatrzymał się na stopie tir). No ale facet mówi, że może mnie załadować na tył. Biorę. I tak sobie jadę. Gapiąc się za nie zamknięte drzwi. Zastanawiając jakim cudem nie było mnie w domu od 11 miesięcy i co robię w środku Meksyku jadąc na pace do miejsca, o którym nigdy w życiu nie słyszałem.
Do miejsca, do którego dziś już nie dotrę. Ląduje w Irapuato. Niemała mieścina. A już dochodzi wieczór. To zmiana planów. Zobaczę co tu jest do zobaczenia i spróbuję ogarnąć jakiś nocleg.
I w sumie jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Centrum jest urocze. W promieniu jakichś 200 metrów znajduje się tu jakieś 10 kościołów. Dosłownie. Do tego ładny rynek i mnóstwo ulicznego jedzonka. Skuszę się. Uwielbiam takie momenty. Jak przez przypadek trafiam do bardzo przyjemnej, nie skażonej turystyką miejscowości, w której można obserwować prawdziwe, czyste meksykańskie życie.
I znalazł się nawet host! Przyjechał po mnie. Oprowadził po mieście. Zabrał do siebie. Dał jeść i spać. Jakież miłe i niespodziewane zakończenie tego dnia.


































































