Podjeżdżam autobusem do Venice Beach. Choć nie jest to może nic specjalnego to jednak rozpoznawalność tego miejsca robi swoje. Słońce, piasek, morze, molo, dziewczęta w negliżu…
Kawałek dalej znajduje się Muscle Beach Venice Gym. Kultowa, plażowa siłownia. Swoją sławę zawdzięcza m. In. Arnoldowi Schwarzeneggerowi, który przygotowywał się tu do największych kulturystycznych imprez (które wielokrotnie wygrywał). Chociaż trening i ogólnie podnoszenie z ziemi ciężkich rzeczy jest dosyć istotnym elementem mojego życia to kulturystyka jako taka obchodzi mnie nic, a nic. Rzucę tylko okiem. W środku kilku napompowanych kolesi. Wygląda na to, że wg. regulaminu nie wolno mieć w środku założonej koszulki.
Z buta idę na spacer do Santa Monica. Przyznam szczerze, że rozumiem dlaczego ktoś miałby chcieć tutaj mieszkać.
Jest taki żart, że jak Amerykanin przyjeżdża do Europy to chce zobaczyć Wieżę Eiffla lub Koloseum i zachwyca się absolutnie wszystkim. A jak Europejczyk przyjeżdża do Ameryki to najbardziej jara się… McDonaldem. Ja już kiedyś próbowałem amerykańskiego maczka ale pomyślałem, że przy okazji spróbuję ponownie. Akurat zgłodniałem. Wchodzę do restauracji. Menu niemal identyczne jak to w Nowej Zelandii. Zamawiam jakiegoś Big Maca. No smakuje inaczej. Wyraźnie inaczej. I wyraźnie gorzej. Wydaje mi się, że jakość mięsa jest zdecydowanie niższa. I chyba nie tylko mięsa. Mam wrażenie, że dużo mniej w tym smaku. Na plus kanapka jakaś jest taka, że się nie rozpada. Da się ją wygodnie zjeść. Za to jeszcze zanim opuściłem lokal rozbolał mnie brzuch. I to bardzo. O żesz. Czym oni tu ludzi faszerują? Więcej tego nie jem.
A dwa dni później przychodzi czas na Hollywood! Tak jest. Swoją drogą, czy tylko jak kiedyś myślałem, że Hollywood to samodzielne miasto daleko od wszystkiego? Cóż, na pewno jest więcej warte niż nie jedno miasto… I nie jeden kraj.
Dojeżdżam komunikacją do dzielnicy i zabieram się za pieszą wędrówkę w stronę wielkiego podpisu. Widać go już z daleka. Prowadzi doń średnio atrakcyjna trasa. Przynajmniej na początku. Potem robi się ciekawiej. Docieram do punktu widokowego, z którego wszyscy robią sobie foty z widokiem na podpis dzielnicy. Ten jest wciąż kawałek stąd. Mech. Bez szału widok. Ja spróbuję podejść tam tak blisko jak się da. I tu już trasa zaczyna się robić ciekawsza. To już rasowe góry z pięknym widokiem na całą metropolie.
Z góry napis „Hollywood” można podziwiać tylko od… Tyłu. I jest tutaj tylko dosłownie parę osób. A przez chwilę to siedzę tu zupełnie sam.
Schodzę z powrotem do dzielnicy odwiedzić słynną Aleję Gwiazd. Przyznam szczerze, że jak pierwszy raz usłyszałem, że na głównych ulicach Hollywood, imiona aktorów wypisane są na… Chodniku… Uznałem to za ekstremalnie zabawny, ironiczny dowcip. Wielkie gwiazdy. A my po nich depczemy xD.
Swoją drogą dopiero się orientuje jak totalnym ignorantem kinowym jestem. Ja w ogóle nie znam tych ludzi. Choć raz na jakiś czas zdarzy mi się podeptać jakieś nazwisko, które kojarzę. Ludzie tu autentycznie robią sobie zdjęcia z chodnikiem. Hah. Gdyby tylko dziadek był tu ze mną. Wspólnie poszukali byśmy Marilyn Monroe. Zobaczmy… O, jest! Robię fotę. Dla dziadka, oczywiście… To w sumie niezła zabawa. O. Nicole Kidman. To dla wujka Pawła (swoją drogą tylko przypominam, że „Nicole Kidman doesn’t know how to clap” xD – wpiszcie w YT). A dla Oli Chris Hemsworth… Albo Ryan Reynolds. A, niech ma obu przystojniaków. O. I oczywiście Keanu Reeves. On dla całego gatunku ludzkiego!















































































