Rozpoczynamy zwiedzanie LA. Publiczna komunikacja działa lepiej niż się spodziewałem. Zasadniczo autobusami i pociągami da się wszędzie dotrzeć. Internet w Stanach jest drogi i o ile dobrze pamiętam, ciężko go zdobyć na kartę, bez umowy. Ale na szczęście praktycznie wszędzie bez problemu idzie złapać Wifi. No to jedziemy.
Na pierwszy ogień idzie UCLA. Magda pracowała tu wiele lat. To tzw. publiczny „darmowy” uniwersytet. Te nie są zbyt często spotykane w USA. A, i „publiczny, darmowy” oznacza tyle, że studiowanie na nim kosztuje 20 tysięcy dolarów rocznie, a nie 40 🙃.
Dziś akurat jest jakieś święto to za dużo studentów ani studentek tu nie ma. Szkoda, bo jak mi doniósł Andy, na co dzień roi się tu od bardzo atrakcyjnych dziewcząt 😅.
W ogóle ludzie w Kalifornii są jacyś tacy… Ładni. Serio. Zagęszczenie dobrze wyglądających osób jest w tym miejscu nieproporcjonalnie duże. Obstawiam, że wiąże się to w jakimś stopniu z wyolbrzymionym kultem ciała i ogólną presją na dbanie o siebie. Ale z pewnością nie bez znaczenia jest też fakt występowania tu bardzo różnorodnych genów. Tzn. różnych ras i narodowości. Czuć takie „wymieszanie”.
Po UCLA piechotą przechodzę do Beverlly Hills. 5km. Ja wiem, że „nobody walks in LA” ale w ramach tej podróży, dla mnie te 5km to naprawdę nic. Ja chodzę.
A samo Beverlly Hills? Drogie. Bogate. Całkiem przyjemne. I ciężko mi tu jest, szczerze powiedziawszy powiedzieć coś więcej.
Za to następnego dnia odwiedzam downtown. No i cóż… Może nie powiedziałbym, że jestem rozczarowany, bo nie miałem jakiś wielkich oczekiwań, ale zdecydowanie jestem zaskoczony. Wydaje się, że nie ma tu po prostu nic jakoś szczególnie ciekawego. Może poza dzielnicą chińską i little Tokyo, ale to już obok.
Jakby się ktoś zastanawiał to ja żadnych zamieszek nie wiedziałem. Magda mówi, że w ogóle cała sprawa jest ekstremalnie rozdmuchana zarówno przez media jak i prezydenta. Ale w samym mieście się już nic nie dzieje. Jedyne co to przy budynkach rządowych i paru zapalnych punktach faktycznie stali marines. Ale poza tym nic.
Choć jest chyba jedna rzecz, która może być trochę inna z powodu niedawnych zamieszek. Od lat w mojej głowie rósł wizerunek LA jako miasta bezdomnych. Mnóstwo internetowych podróżników pokazywało co to się dzieje na ulicach miasta. Setki, wręcz tysiące bezdomnych. Wielu turystów mocno rozczarowało się LA.
No ale wygląda na to, że po tych całych zamieszkach się rozpierzchli. Przynajmniej na jakiś czas. Żeby nie było. Bezdomni są. I jest ich sporo. Ale ani odrobinę nie przypomina to tego co widziałem w internetach. Nie ma namiotów rozstawionych wzdłuż głównych ulic. Za to są rozstawione wszędzie indziej. Gdzie się tylko da. W parkach, na byle najmniejszych trawnikach czy pod mostami.
W USA już tak jest, że jak masz dobrą pracę, dobre ubezpieczenie to żyjesz dobrze. Jak nie, to masz poważny problem. Historii bankructw, dramatów życiowych, spowodowanych zwykłym wypadkiem nie brakuje. Pamiętam jak gadałem z młodymi chłopakami (przeważnie na granicy liceum/studiów) z naszej ekipy z RAAMu dwa lata temu. Z jednej strony bardzo narzekali na USA i mówili o przeprowadzce do Europy. Z drugiej strony widać było, że bardzo się starają i czują dużą presję żeby pójść na dobre studia, dostać dobrą pracę i mieć dobre bogate życie.
Stany Zjednoczone to kraj kontrastów społecznych. I to po prostu widać.
Dni 284 – 285 – UCLA, Beverly Hills i Downtown
Poprzedni artykułDni 282, 283, 287 - Czyli z wizytą u Państwa Yamamoto
Następny artykuł Dni 286 i 288 - czyli jak turysta!
Następny artykuł Dni 286 i 288 - czyli jak turysta!































































































