Turyści zwykli fotografować Uluru o dwóch porach. Jak się nie trudno domyślić, o świcie i o zmierzchu. I dzieje się tak nie bez powodu.
Poranne ogarnianie zajęło mi więcej niż się spodziewałem ale za to jakie miałem fajne widoczki. Jestem na trasie. Wystawiam kciuka do pojedynczych aut. Na razie nic. Ale dobry humor mnie nie opuszcza.
Na poboczu stoi jakiś duży pojazd. Ziomek w środku pokazuje mi ręką żebym podszedł. To posłusznie podchodzę. Facet wręcza mi do garści trzy żelki. Ci ludzie tutaj są niemożliwi xD.
Staje samochód. W środku dwóch młodzieńców. Belg i Francuz. To nieźle się zaczyna. Jak jakiś dobry kawał. Młode chłopaki oczywiście są na wizie work and travel. Pracują w Melbourne. Zrobili sobie dwa tygodnie urlopu żeby pozwiedzać środkową Australię. Są bardzo entuzjastycznie nastawieni do mojej podróży. Zabiorą mnie kawałek. Sami jadą akurat do Królewskiego Kanionu. Sprzedaję im parę tipów. I ogólnie fajnie się gada.
Wyrzucają mnie na skrzyżowaniu. Długo nie czekam. Zatrzymują się dwa auta. W środku Niemki. Dziewczyny (uwaga, uwaga) są na wizie work and travel. Aktualnie w ramach urlopu jeżdżą po… No co się będę powtarzał. Już doskonale kumacie jak to działa.
W pierwszym aucie nie ma miejsca na nic. Wiozą tam mnóstwo kempingowego sprzętu. To ląduje w drugim aucie. Sam na sam z całkiem ładną i bardzo sympatyczną, młodą Niemką. Aż głupio by było nie skorzystać z takiej okazji. Skorzystałem i przespałem smacznie w fotelu cały przejazd z dziewczynami.
Dojeżdżamy na kolejne skrzyżowanie. RoadHouse. Jakieś strusie biegają po wybiegu… Dziękuję serdecznie moim dobrodziejkom i idę dalej. Auto staje natychmiast po podniesieniu kciuka. No dziś to idzie jak bajka ten autostop.
Choć po kilku chwilach zaczynam się zastanawiać czy to było błogosławieństwo czy przekleństwo. Facet pędzi… Facet zapierdala jak 150. A dokładnie 180. Taka mu wychodzi średnia. Kurna. Nawet na łukach nie zwalnia. Cóż, ziomek jest w pracy. Nie jego auto. Miał za zadanie przetransportować jeden samochód z Alice Springs do Uluru i w drugą stronę drugi. To w sumie niemal 1000km. I cała ta operacja zajęła mu dokładnie… 7 godzin. Z postojem w Uluru…
Żeby było zabawniej facet pochodzi z Fidżi i całą drogę narzeka na straszny, lewicowy rząd, który wpuszcza do kraju byle kogo xD. A żeby dopełnić kolorytu, na lotnisku (gdzie oddajemy samochód) czeka na nas chłopak mojego dobrodzieja. Żart sytuacyjny napisał się sam.
Docieram z powrotem do Alice Springs. Idę do kościoła. Dziś Wielki Piątek. A liturgię rozpoczęli o 15.00. Jakimś niesamowitym zbiegiem okoliczności jestem spóźniony tylko chwilę…
Następne dni to spokojne święta w Alice Springs. Była nadzieja przez chwilę, że będę miał lokum na wyłączność z CS. Ale się nie udało. Za to na niedzielny wieczór zaprosiła mnie Jana. Najpierw zabrała mnie za miasto pokazać jeszcze jakieś ukryte miejscówki. Potem wyłożyła pikapa materacem i kazała mi ze sobą oglądać gwiazdy. A na koniec zaoferowała nocleg. Dosłownie kanapę (couchsurfing – hehe) w domu jej pracodawców, którzy akurat nie mieli nic przeciwko. Jana to… Niemka. Znaczy urodziła się w Niemczech ale matka Polka, ojciec Czech. To by tłumaczyło jej urodę. W Australii jest na wizie… A z resztą, nie ważne.
Dni 221 – 223 – 1000 km w 7 godzin











































