Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-05-26 przez MikolajTD

Dni 224 – 225 – i wtedy poznałem Gusa

Dni 224 – 225 – i wtedy poznałem Gusa
2025-05-26 przez MikolajTD

Jana kogoś musiała odebrać z lotniska to odstawiła mnie przy okazji na trasę. Pierwsze auto stanęło po chwili. Takie z kategorii „morderca”. Facet nawet się nie odezwał. Stanął. Ja powiedziałem gdzie jadę. Ten kiwnął głową i jedziemy. Przez cały przejazd słowem się do siebie nie odezwaliśmy. 150km później się zatrzymał i dał do zrozumienia, że dalej nie jedzie. Autostop idealny:)
A potem lipa. Stoję i stoję i nic. Jedna godzina, druga, trzecia…
Szkoda. Jesteśmy pośrodku niczego. Dobrze, że chociaż obok jest stacja benzynowa.
Jakoś tak to w tym autostopowym życiu bywa, że się czasem czeka i czeka i traci nadzieję, żeby potem mogło się okazać, że cała ta cierpliwość się opłaciła. Zatrzymuje się czerwony van. W środku siwy, brodaty facet. Zaprasza do środka. Siadam na miejscu pasażera. „Piwo?” pyta mój nowy towarzysz. Nie dziękuję – odpowiadam. „Jak chcesz, ja się uraczę”. Ojć, to ciekawostka. Wiem, że oni tu trochę bardziej liberalnie podchodzą do tematu ilości alkoholu we krwi ale, że aż tak? No cóż, to ja też wezmę!
Jedziemy. Moim dobrodziejem jest Gus. 63 lata. Emerytowany księgowy. Od miesiąca podróżuje po Australii swoim vanem przerobionym na campera. Ma w środku łóżko i lodówkę i kranik i wogóle. Pełen wypas.
Jedziemy. Niedaleko. Raptem kilkadziesiąt kilometrów. Po drodze zatrzymujemy się przy jakimś memorialu. Tych w Australii jest pełno. Mój towarzysz uwielbia je „kolekcjonować”.
Powoli się ściemnia. Gus proponuje mi abym przenocował z nim i jutro ruszymy razem dalej. Mówi, że ma obiad i wogóle. No cóż, biorąc pod uwagę, że do końca dnia we właściwym kierunku nie jechało już ani jedno auto…
Typowa przydrożna miejscówka w środku pustyni. Na kempingu poza nami kilka aut. Ale ludzi nie widać. „Siedzą w kamperach. To grey nomads”. Ludzie którzy na emeryturze sprzedali wszystko co mieli, kupili kampera i teraz bujają się po Australii. Przejeżdżają kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Prawie cały dzień siedzą w środku kampera oglądając telewizję. I tak jeżdżą aż umrą – kwituje Gus. Poza nimi na kempingu znaleźli się też młodsi przedstawiciele gatunku ludzkiego. Ci postanowili się odizolować i stanęli kawałeczek dalej na wzgórzu. Jednak nie na tyle daleko byśmy nie słyszeli jak oddają się radosnym uciechom kochanków. „Go for it!” Krzyczy Gus w odpowiedzi na głośne stękanie.
Na obiad rybka, warzywka. Do tego piwko. Pyszności. Gadamy. Sporo. I przychodzi nam to gładko. Niebo prezentuje się naprawdę dobrze. Widać satelitę. Jedną, drugą, trzecią…
W sumie naliczyliśmy 21. W życiu nie widziałem żeby dorosły facet się tak cieszył licząc satelity.

Następnego dnia ruszamy w drogę bladym świtem. No, prawie. Gus wydaje się mnie lubić. Sugeruje, że może następne kilka dni pojeżdżę z nim. W to mi graj. Planuje dojechać do Adelaide. To kawał drogi.
Robi się płasko. Płasko niemal jak w Kazachstanie. Po drodze planujemy odwiedzić Coober Pedy. To taka wioska poszukiwaczy złota. Dosłownie. Ale ponieważ znajduje się na środku pustyni to… Cała jest pod ziemią. Schowana przed skwarem.
Gus pokazuje mi wykopki. Opowiada jak to łatwo zdobyć pozwolenie, sprzęt. Każdy może to zrobić. Przyjechać i szukać złota. Kopać, kopać aż wykopie. Tyle, że nie złoto, a opal. Ten jest tu źródłem prawdziwego bogactwa. Wielu zarobiło miliony. Wystarczyła jedna porządna dziura. Jeszcze więcej straciło majątki. Ryzykowna gra.
Wioska robi wrażenie. Główną atrakcją jest podziemny, prawosławny kościół. Fajny. I prawdziwe ikoniczny dla tego miejsca.
Odwiedzamy tutejszy pub. To z kolei główną atrakcja dla mojego towarzysza. I to nie będzie jego pierwsze piwo dzisiaj. Ani drugie.
Jedziemy dalej. Gus zaznajamia mnie ze swoimi ulubionymi kawałkami. Słucha metalu. Oczywiście. Ale na rozgrzewkę leci… Hymn ZSRR xDDD.
A widzieliście, że istnieje coś takiego jak pirates metal, albo metal, albo dwarf metal? Ten ostatni całkiem niezły, a jaki tematyczny.
Wieczór podobny do wczorajszego. Z tą różnicą, że tym razem Gus wdał się w pogawędkę z innymi podróżnikami. Ja wolałem zostać na uboczu. Podziwiać zachód słońca. I był to prawdopodobnie jeden z najlepszych zachodów słońca jakie widziałem w życiu.

Poprzedni artykułDni 221 - 223 - 1000 km w 7 godzinIlustracja wprowadzajaca dzien 223Następny artykuł Dni 226 - 227 - Pan Stach chyba miał racjęilustracja wprowadzajaca dzien227

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta