Ludzie w pobliskim resorcie nastawiają budzik na 3/4 rano żeby wstać, ogarnąć się i doczłapać do kanionu na wschód słońca o 6.00. Pfff. Amatorzy. Mi wystarczy otworzyć oczy, wstać… I jestem. Fakt, nocka do najwygodniejszych nie należała ale hej, jaki klimat! Czyż da się piękniej rozpocząć dzień niż budząc się o świcie w Królewskim Kanionie?
Wstępne ogarnianie i w drogę. Do przejścia wciąż została mi druga część trasy. I jest to znowu bardzo, bardzo przyjemna wycieczka.
Tyle, że tym razem z towarzystwem. Pierwsi zwiedzający pojawili się jeszcze przed wschodem słońca. Co zrozumiałe. Usłyszałem ich zanim zobaczyłem. A jak zaświeciło to się okazało, że wokół jest ich więcej niż bym się spodziewał. No trudno. Toleruję ich obecność. Wszak czyż nie na tym polega życie w społeczeństwie?
Tyle tego dobrego. Kanion okazał się być absolutnie super. Polecam. Podstawowa trasa to 6km. Piszą, że 4 godziny. Sprawny człowiek może ogarnąć znacznie szybciej. Ale mi się nie spieszyło i w sumie zajęło 18 xD.
Wystawiam kciuka i czekam. Cel, Uluru. Obok Opera House w Sydney chyba najbardziej ikoniczna miejscówka Australii.
Przyjeżdża kilka aut. Nic. Ale zatrzymuje się kamper. Dokąd jedzie? Oczywiście, że do Uluru. Tutaj naprawdę nie ma nic innego. Setki kilometrów dróg zbudowano tu tylko po to, żeby turyści mogli obejrzeć sobie wielgachną skałę. No i git. Do naszego celu mamy jeszcze ponad 300km. Ruszamy.
A kto jest w środku? Trzech facetów w średnim wieku. I syn jednego z nich. Chłopaki wyrwali się z domu, zostawili żony, wynajęli kamper i ruszyli eksplorować swój ukochany kraj. Australijczycy spod Sydney. Choć jeden z nich mieszka w Belgii. Wyjechał za miłością (tzn. żoną). Wszyscy są z tego samego rocznika (poza synem, który jest trochę młodszy ode mnie), bo to kumple jeszcze z podstawówki. Ha. Pozdrawiam Gąsiora, Grubego i Kubusia.
Po drodze zatrzymujemy się obstrykać parę miejscówek. Słone jezioro. Robi wrażenie. Do tego przerwa w RoadHousie. Chłopaki zamawiają szamę. Skromną, bo nawet oni uznają to miejsce za „drogie”. Kanapka kosztuje 70zł… To ja podziękuję. Mam swoje.
Dojeżdżamy do celu. Miasteczko po środku pustyni z widokiem na wielki kamień. Jak niewiele potrzeba żeby kroić miliony. Czasem wystarczy tylko znaleźć wielki, ciężki głaz i otworzyć hotel.
Bo do wyboru pokoje w przeróżnym standardzie ale także kempingi. Nic specjalnego. Miasteczko istnieje wyłącznie jako bazą wypadowa do parku narodowego. Czysto turystyczne miejsce. Jest już po południu ale słońce poświeci jeszcze przez kilka godzin. Nie ma co tracić czasu. Idę. Do Parku będzie parę kilometrów. Pod sam kamień ponad 20. Ale szybko znajdują się dobrzy ludzie gotowi pomóc. Do auta zgarnia mnie jakaś rodzinka. I jest to podwójna pomoc. Podwiozą mnie, co oznacza, że przejadę z nimi przez bramki. Gdybym chciał to zrobić sam to musiałbym zapłacić za bilet. A tak… Wjeżdżam na grupowym, od auta.
Uluru. Przez lata uznawany za największy monolit świata. Kij tam. Ani to monolit. Ani największy. Ten znajduje się w zachodniej Australii. Ale z jakiegoś powodu to Uluru jest takie „naj”. Cóż. Jak dla mnie to po prostu duży kamień. Zajebiście duży kamień. 300 metrów wysokości. 4km obwodu. I nie, nie wolno się na niego wspinać. Już nie wolno, bo kiedyś można było. I każdy szanujący się, stary Australijczyk kiedyś to zrobił. Ale teraz zabronili. Bo to miejsce święte dla Aborygenów. Miejsce żałoby. Z wielu stron zabronione jest to nawet fotografować. Cóż…
Skoro wspinać się nie można to pozostaje obejść. Jest kilka tras. Wybieram tą podstawową, długą. Wycieczka jest dokładnie taka jak można ją sobie wyobrazić. Co ciekawe, znowu wędruję sam. Absolutnie sam. Tj. nie licząc tysięcy much, które nie odstępują mnie ani o krok. Jejku, ależ to irytujące. W duchu dziękuję Lil, że mi dała tę siatkę na głowę. Bez tego byłoby ciężko. Swoją drogą sama Lil w owej siatce ze swoim afro wyglądała jak ufoludek. Przeuroczo.
Wycieczka na 2-3 godziny. Przyjemna. Nawet bardzo. Zwłaszcza, że nie ma zasięgu. Można pomedytować. Krajobraz sprzyja. Ale z tego wszystkiego trochę mi się zeszło. Ściemniło się, a wciąż trzeba jakoś wrócić. Aut na parkingu już prawie nie ma. Wystawiam kciuka. Staje mały autobus. W środku pełno Azjatów i trzy młode blondynki ogarniające wycieczkę. Jedna z nich pyta co tu robię i czy spóźniłem się na swój autobus. Mówię zgodnie z prawdą, że żadnego autobusu nie było i po prostu łapie okazję. Ta na mnie patrzy… I zaczyna mi robić wykład, że co jakbym nic nie złapał, że do miasta 20km, że to nie odpowiedzialne. „You are so silly” kwituje. No… Tak. I bardzo dobrze na tym wychodzę. Dzień w podróży jak każdy inny.
Miłe dziewczyny, nie sprawdziły czy mam bilet, nie kazały płacić za przejazd i jeszcze wysadziły mnie pod hotelem. Ekstra. Chyba zdążyły mnie nawet polubić.
Trzeba mi wyjść z miasteczka. Planuję walnąć się gdzieś na wydmach nieopodal. Idę. Po drodze spotykam kolejną wysoką blondynkę. Kanadyjka. Pracuje tutaj. Na wizie „work and travel”. Jak każdy tutejszy młody nie-australijczyk. A moja nowa znajoma pracuje przy… Wielbłądach. Tak. Wielbłądach. Wspominałem już, że tu są? Ba. Mało powiedziane. Czy widzieliście, że ze wszystkich krajów na świecie najwięcej wielbłądów żyje właśnie w… Australii. Wielbłądy… W Australii.
Eksportują do Emiratów xD. Ale akurat te, którymi zajmuje się Hunna (moja nowa koleżanka) zostają tutaj. Popularną atrakcją jest wycieczka na wielbłądach po wydmach o wschodzie słońca.
Idziemy na pustynię. Kanadyjka jest tak miła, że wskazuje mi idealną miejscówkę do spania. Jeszcze chwilę sobie posiedzimy, pogadamy, taką dłuższą chwilę.










































































































































