No dziś to już chyba dotrę do Bali. Do przejechania zostało niby tylko 120km. Ale jednak w warunkach Indonezyjskich to nigdy nie wiadomo. W drogę.
Najpierw motocykl-taksówka żeby wyjechać z miasta. I biorę się za stopowanie. Po krótkiej chwili staje auto. Miła odmiana, tak szybko coś złapać. W środku jakiś młody chłopaczek. Podwozi mnie kawałek. Odstawia na dworzec. Próbowałem my wytłumaczyć, że nie jeżdżę autobusami ale… Oni i tak wiedzą swoje xD. Dziękuję, żegnam się i idę dalej. Po chwili mój przed chwilowy kierowca podjeżdża obok mnie i dopytuje o co chodzi. To mu próbuje wytłumaczyć, że autostopuje. To chłopak mnie zabierze jeszcze kawałek.
Mój dobrodziej mówi, że przed nami daleka droga. Jak daleka. 150km. W tych warunkach jakieś 5-6 godzin jazdy. Ekhm. Zachłysnąłem się. To ja może jednak spasuje.
Od słowa do słowa wychodzi na to, że jedzie niemal pod sam prom. Przynajmniej tak zrozumiałem. Bo szybko się okazało, że źle zrozumiałem i nie wiem o co chodziło xD. Ale przyjechaliśmy ładnych kilkadziesiąt kilometrów. Po czym mój młody dobrodziej zaprosił mnie do swojego domu na śniadanie. To idę.
Dom skromny. Ale spełnia swoją funkcję. Jak mnie Pani domu zobaczyła w salonie to aż podskoczyła. Syn jej nie uprzedził. Niezły trolling xD.
Ale ludzie bardzo mili. Najpierw zapraszają na klasyczny Indonezyjki posiłek. Ryż, kurczak itp. A potem kawusia. Co ciekawe śniadaniobiad był na podłodze ale żeby wypić kawusię i schrupać ciasteczko przenosimy się już na ławkę i stolik. Kulturka. Miła konwersacja. Jakieś pyszności. Bardzo przyjemny klimat.
Żegnam się z moimi gospodarzami i jadę dalej. Kolejne auto łapię dosłownie po kilku minutach. Wow. Dziś to idzie jakoś wybitnie sprawnie.
W zasadzie to zatrzymują się dwa auta. Jadą razem. Jakaś duża rodzina. Taka z kategorii dorosłych. Zabiera mnie auto, w którym jest tylko jedna para. Mówią, że jadą do Bali! Bajka!
Po krótkiej chwili stajemy na obiad. Nawet nie próbuje im tłumaczyć, że dopiero co jadłem xD.
Na stół wchodzi jakieś domowe żarcie. Moi nowi dobrodzieje częstują mnie jakimś fikuśnym mlecznym napojem i lokalnymi owocami. Oj najadłem się. Trochę posiedzimy, trochę po żartujemy i jedziemy dalej. Solidny kawałek, po którym okazało się, że jednak nie jadą na Bali xD. Coś się nie mogę z tymi ludźmi dogadać dzisiaj. Wyskakuje w jakiejś mieścinie po drodze. Wciąż jest jeszcze trochę czasu dzisiaj to wystawiam kciuka. I po krótkiej chwili zaczyna do mnie machać jakiś facet że 100 metrów stąd. Podchodzę. Gość mówi, że jedzie we właściwym kierunku i mnie zabierze. Ale najpierw mam się wybrać z nim i jego rodziną na… Obiad xD. Cóż, nie będę się kłócił. „Do you like meatball?” Pytają. Nie lubię – myślę, „sure” – odpowiadam. Wchodzimy do okolicznej knajpy. No ja fanem tych ich mięsnych kulek nie jestem. I to jeszcze w jakiejś zupie. A do tego jakieś smażone „smakołyki”. Chyba tofu. Zainteresował się mną kucharz. Młody, otyły chłopak. Pyta czy mi smakuje i dorzuca jeszcze jakieś przekąski. Mówi, że bardzo mu zależy na mojej opinii, i że się bardzo starał. To odpowiadam, że było „very good”. Nie oceniajcie. Co mu miałem powiedzieć?
Jedziemy. Zostaję zaszczycony miejscem z przodu. Rodzina jest spora. Trzy córki. Dwóch synów. I chyba żona i matka. Chyba, bo nie jestem pewien. To niby mogły być dwie żony ale z tego co mi wiadomo w takim układzie nie wolno im podróżować wspólnie. Także chyba matka. Chyba.
Tak czy owak, to taka rodzina z kategorii co się ewidentnie lubi i dobrze czuje ze sobą. Pada komenda do odjazdu i entuzjastyczny okrzyk w odpowiedzi. Jedziemy. Kawałek. Nie jakoś bardzo daleko. Ale było miło.
Jestem już bardzo blisko krańca wyspy.
Wystawiam kciuk… Ale tym razem nic. Zbliża się wieczór. Robi się ciemno. I nic. Hmm… Czyżbym jednak dziś miał jednak nie dotrzeć?
Jest już ciemno, stoję od godziny ale w końcu zatrzymuje się ziomek na skuterku. Mówi, że jedzie do… Bali. Dobra, dobra. Ja już znam te wasze numery. Ale nie, nie tym razem. Faktycznie, dosłownie na Bali. Na(?) czy do(?). Nie mam pojęcia. No nie ważne. W każdym razie jedziemy.
25km. Do najwygodniejszych ta część podróży nie należy ale najważniejsze, że docieramy na miejsce. Prom. Bilety można kupić w pierwszym lepszym kiosku. Wszystko załatwia mój kierowca, który ewidentnie mnie polubił.
Ładujemy się na prom. Operacja nie trwa długo. Do przepłynięcia niespełna 5km. I jest. Bali. W końcu. Udało się.
Zbliża się północ. Mój dobrodziej mówi żebym zszedł z promu sam i spotkał go w mieście, bo nie mam kasku i się mogą służby przyczepić. To tak też robię.
Jedziemy dalej. Nawet nocą widać, że różnica między Bali, a Jawą jest ogromna. Jakieś ozdobne rzeźby. Nie m takiego ruchu. Niby to tylko mieścina portowa ale w ogóle nie przypomina to Indonezji jaką do tej pory znałem.
Mój kierowca idzie się pomodlić do meczetu. Potem jedziemy na jakąś wieczorną przekąskę. Zupka chińska.
Mój dobrodziej mówi, że przed nami daleka droga. Jak daleka. 150km. W tych warunkach jakieś 5-6 godzin jazdy. Ekhm. Zachłysnąłem się. To ja może jednak spasuje.
Mówię, że bardzo dziękuję ale nie dam rady. Dla mojego kierowcy to też by było z pewnością spore obciążenie. Zamiast tego idę spać do meczetu. I jutro się zobaczy co dalej.
Zasypiając myślę sobie, że dziś się czuję jak taki Harry Potter albo inny Frodo Baggins. Niby to ja jestem głównym bohaterem ale całą robotę i tak odwaliła Hermiona Granger albo inny Samwise the Brave.















































