Dziś o poranku, poza standardowym niespiesznym leniuchowaniem, postanawiam się odrobinę zmęczyć. Aplikuje sobie całkiem przyzwoity trening. Mam tu drążek. Sporo przestrzeni. To lecimy. Troszkę bieganka po plaży. Lekki rozruch. I na początek podciąganie. Dwie serie rozgrzewkowe i do dzieła. 5 serii po 8 powtórzeń z pauzą u góry. Zrobione uczciwie. Wchodzi jak złoto. Nie specjalnie trenuje podczas podróży. Ale sam fakt utraty wagi sprawia, że podciąganie idzie do przodu. Zawsze coś. Dalej pike-pushups. 5 serii po 10 powtórzeń. W tempie i z pauzą u dołu. Barki i triceps spompowane solidnie. Na koniec wykroki. Kilka serii po… Ileś tam. Aż nogi zapalą. Jeny… Ależ to ćwiczenie jest okrutne. Czwórki i pośladki płoną. A ja to kazałem wszystkim tym moim biednym podopiecznym robić. Prawie mnie biorą wyrzuty sumienia. Prawie;).
Na koniec wykroki. Kilka serii po… Ileś tam. Aż nogi zapalą. Jeny… Ależ to ćwiczenie jest okrutne. A ja to kazałem wszystkim tym moim biednym podopiecznym robić. Prawie mnie biorą wyrzuty sumienia. Prawie;).
Pod koniec ostatniej serii wykroków podniosłem głowę i… Dowiedziałem się, że jeśli babeczka z wczoraj (ekshibicjonistka) kiedyś była facetem to przeszła pełną tranzycję… Ech… Trzeba będzie zmienić miejsce spania na plaży…
Jednym z powodów, który mnie przywiódł właśnie do tej miejscowości był fakt, że znajduje się tutaj plażowa sala do treningu boksu tajskiego. Treningi Muay Thai od początku miały być głównym elementem wizyty w Tajlandii. Mam takie małe marzenie od czasu kiedy obejrzałem jeden z odcinków dokumentu Fight Quest. Właśnie o boksie tajskim. To było już jakieś 10 lat temu. W czasach kiedy mocno zajarałem się sportami walki. I tak to sobie od lat we mnie siedziało. Że fajnie by było kiedyś. Jeśli by była okazja. Okazja jest. Trzeba korzystać. Wypytać co i jak.
Także po skończonym treningu swoim zwijam manatki i idę na salę obczaić co i jak. Na miejscu nie ma prawie nikogo. Wygląda to wszystko niemal na opuszczone. Ale kilku chłopaczków się znalazło. No to prowadzą mnie do jedynego typa w „miasteczku”, który kmini po angielsku. Ba. Chyba nawet jest nativem. Biały. Mówi, że mistrz (właściciel i główny trener) będzie z powrotem po południu. No dobra. To wrócę do wioski. Zjem coś. Pobimbam. Po odpoczywam. I przyjdę znowu na wieczór. Jak zaplanowałem tak zrobiłem.
Wpadam znowu na salę wieczorem. Typ i typiara grają sobie na chilku w badmintona. Zagaduje. Tym razem ziomeczek prowadzi mnie do baru i mówi żebym poczekał. Po chwili wychodzi właściciel. Master Toddy. Wita mnie serdecznie. Idzie pewnym krokiem. Gada doskonale po angielsku. Mocny, zdecydowany uścisk dłoni. Wskazuje miejsce siedzące i pyta „How can I help you?”. No to opowiadam standardową historię co to ja robię ciekawego. I tym razem dorzucam, że miałem wielką nadzieję potrenować Muay Thai pod okiem wybitnych mistrzów w kraju, z którego ten sport pochodzi, i który jest tego sportu stolicą. Ok. Mistrz mówi, że chętnie mi pomoże. Teraz chwilowo nie było treningów – dlatego tu tak pusto- bo zbliża się gala i zawodnicy odpoczywają w Bangkoku. Facet trochę opowiada co to za miejsce i co jak działa. Tutejszy Muay Thai Gym bazuje na obozach. Zbiera się grupa, przyjeżdża i trenuje. Tydzień. Miesiąc. Trzy miesiące lub więcej. Mają zapewnione spanie i jedzenie na poziome. Mistrz ma jeszcze główną salę i główny team w Bangkoku. Zgadza się mi pomóc. Przedstawia warunki finansowe. Te muszę przemyśleć. Nie wiem jeszcze jak długo chce tu zostać. Na razie starałem się odpoczywać ale trzeba też pomyśleć koncepcyjnie co i jak w najbliższym czasie. Wiem już jakie mam opcje. Na razie tylko po to przyszedłem. Żegnam się z trenerem i mówię, że się zastanowię. Na koniec Mistrz zaprasza mnie na galę. Tutaj na tej sali. W najbliższą sobotę wieczorem. Ekstra. Na pewno przyjdę:)
Spokojnie kładę się spać na plaży. I jak tam sobie zasypiam, dochodzi mnie jedna, niepokojąca myśl. Za tydzień wigilia… Fuck
[modula id=”1262″]
