Spałem doskonale. Znalazłem ładny zagajnik nieopodal parkingu, z widokiem na jezioro. Kawał jeziora. Trochę tęsknię za obozowaniem. W najbliższym czasie pewnie będzie tego więcej.
Nie mam nic przeciwko wegetariańskiemu żarciu. Jak dobrze zrobione, to lubię. Po prostu uważam, że można łatwo uczynić je dużo smaczniejszym i bardziej odżywczym, dodając mięso 🙂
Zbieram graty i w drogę. Nie najgorsze miejsce do łapania stopa i już po jakimś czasie zatrzymuje się jakaś para. Dziwny przypadek. Kierowca to już starszy facet, jedzie z córką (ta mówi po angielsku!) pomodlić się w świątyni buddyjskiej. Ale najdziwniejsze było to, że jechali turkusowo-pstrokatym, w miarę nowym BMW. Dla niewtajemniczonych: kierowcy nowszych modeli BMW to raczej nie są ludzie, którzy biorą na stopa. A tu proszę.
Wyjaśnienie, o co mi chodzi, trochę trwa. Wygląda na to, że wielu Chińczyków naprawdę nie ma pojęcia, na czym polega autostop, i zatrzymują się trochę bardziej z ciekawości lub żeby pomóc. No ale ostatecznie udało się nam dogadać.
Córka zaprasza mnie, żebym udał się z nimi do świątyni. Mam czas. Skorzystam z zaproszenia. Świątynia, jaka jest, to widać na zdjęciach. O buddyzmie wiedzę mam bardzo powierzchowną. Myślę, że będę się dokształcał w Tajlandii. Sama wizyta przyjemna. Na koniec moi dobrodzieje zapraszają mnie jeszcze na jedzonko. Wegetariańskie (córka zaznacza parę razy). Nie mam nic przeciwko wegetariańskiemu żarciu. Jak dobrze zrobione, to lubię. Po prostu uważam, że można łatwo uczynić je dużo smaczniejszym i bardziej odżywczym, dodając mięso 🙂 No i mój układ pokarmowy średnio toleruje taką ilość warzyw.
Reszta dnia mija na mozolnym i mało efektywnym przedzieraniu się przez obrzeża Kunming. Na plus: byłem w kilku przyjemnych, skrajnie nieturystycznych miejscówkach. Na minus: cały dzień przesunąłem się o jakieś 40 km :/. Słabo. Ale spodziewałem się, że tak może być. Ważna obserwacja jest taka, że ludzie generalnie zabierają i pomagają. Po prostu infrastruktura nie sprzyja autostopowaniu. Myślę, że to ten sam przypadek co w zachodniej Turcji.
[modula id=”678″]
Wieczorem docieram do jakiejś mieściny. To chyba administracyjnie wciąż Kunming, ale klimatem sprawia wrażenie, jakby to było oddzielne małe miasteczko. Od pani(!), co mnie wzięła na autostopa, mam namiary na jakiś tani hotel. Tzn. jedyny hotel w okolicy, który przyjmuje gości z zagranicy. Bo jest tu też wiele hoteli tylko dla Chińczyków. O co chodzi? Nie wiem…
Decyduję się skorzystać z hotelu. Dzień był jako taki. Poranek fajny. Spoko ta wizyta u buddystów. No i ani razu nie włożyłem na siebie kurtki. Słońce świeciło, temperatura idealna. Pomimo słabego tempa humor mam doskonały. Myślę, że należy zrobić sobie przyjemny wieczór i złapać oddech.
Pokój przyjemny. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak tu jest tanio. Pokój hotelowy z łazienką dla dwóch osób za 35 zł. Milutko. Do tego jeszcze jakaś kolacyjka na mieście.
Wieczór trochę się relaksuję. Przeglądam głupoty w internecie. Chalidow i Jon Jones znowu wygrali, Gamrot i Tybura awansowali w rankingu. Jakieś kolejne dramaty na świecie się dzieją. Padam. Idę spać.
W takim momencie jak ten jedyne, co sprawia trochę smutku, to że w tym dużym łóżku, przyjemnym pokoju, w dalekim kraju, idę spać samemu…
