Główny cel na dzisiaj to udać się na Mszę. Od pani Svetlany wiem, że Eucharystia jest o 10.30. No to idę.
Nie zależało mi na noclegu na parafii, bo szczerze powiedziawszy, zaczynam mieć trochę dosyć ciągłego gadania ze wszystkimi o tym, co robię, skąd jestem, gdzie jadę itp.
Po drodze uświadamiam sobie, że nie licząc przedwczoraj, ostatnio na Mszy byłem w Istambule. Dawno. We wschodniej Turcji nie widziałem żadnych kościołów. W Gruzji też niewiele. Tzn. katolickich. Co mnie w ogóle zaskoczyło, bo myślałem, że to katolicki kraj (nie wiem czemu tak myślałem. Wcześniej myślałem, że muzułmański), a tam zdecydowanie dominuje prawosławie.
Dziś na mszy już więcej osób. Będzie ponad setka, pewnie.
Od kilku lat mam coś takiego dziwnego, że lepiej czuję się w kościele za granicą niż w kraju. Podejrzewam, że to kwestia skali. Parafie w Polsce wciąż są po prostu duże. Bardziej zatomizowane. No a przynajmniej te warszawskie tak mają. Parafianie generalnie są sobie obcy. W dodatku wciąż wielu z nich to jednak tacy „niedzielni” katolicy. Żeby nie było. To też jest wartość. Nie krytykuję ani nikomu nie bronię realizować swojej duchowości, jak kto chce. Chodzi mi raczej o to, że te parafie, które odwiedzam za granicą, są przeważnie dużo mniejsze. I siłą rzeczy (tak mi się wydaje) lepiej spełniają swoją rolę. Rolę lokalnej wspólnoty kościoła. Ludzie tu się znają, witają, uśmiechają, rozmawiają. No to jest po prostu fajne. W Izraelu czy Maroku (oczywiście byli tam polscy księża 😉 po Eucharystii praktycznie cała wspólnota szła na „drugą część”, gdzie było jedzenie, gadanie, śpiewanie, a nawet tańce :). Te kościoły wydają się być dużo bardziej żywe, prawdziwe, otwarte, fajne. Przyciągają. Trochę mi tego brakuje w kraju. Takiego realnego, naturalnego, niewymuszonego zaangażowania i życia wspólnotą parafialną.
W Almatach tańców nie ma, ale ludzie na terenie kościoła gadają ze sobą po mszy jeszcze chyba z godzinę. Na czele z ojcem Ksawerym, wikariuszem. Widać, że franciszkanin ma wiele prawdziwych relacji z parafianami. Po mszy odbywa jeszcze kilka(naście?) rozmów. Jedna z nich jest ze mną. Pomyślałem, że się przywitam. Mam wrażenie, że oni (polscy księża za granicą) przeważnie to lubią.
Trochę sobie pogadaliśmy. Franciszkanin pogłębił nieco temat sytuacji katolicyzmu w Kazachstanie. W mieście jest około 7 parafii. Z mojego punktu widzenia raczej malutkie. Ta ma około 1000 osób. W tym kościele też mają mszę grekokatolicy. Podczas naszej rozmowy akurat przyjeżdża grecki ksiądz z rodziną. Ojciec Ksawery wyraźnie bajeruje jego córkę (ładna, sympatyczna nastolatka). Wita ją w sposób, który w Polsce (mam wrażenie) mógłby zostać powszechnie uznany za niestosowny. Niedawno była u fryzjera. Widać, że się znają i lubią 🙂
Represji wobec katolików w Kazachstanie nie ma. Są tylko jakieś drobne problemy administracyjne z wizami i prawem jazdy. No ale zdaje się, że ani z muzułmanami, ani z prawosławnymi nie współpracuje się im dobrze. Lepiej za dużo nie rozmawiać, nie wchodzić w interakcje, nie prowokować niepokoju. Ojciec mówi, że wielu katolików nawróconych z islamu czy prawosławia nie przyznaje się do tego w rodzinach, bo mieliby piekło. Cóż… Tak jak Pan Jezus powiedział.
Zapytanie o nocleg w kościele to klasyczny trik. Bardzo często działa, ale prawie nigdy w dużych (zwłaszcza turystycznych) miastach. Tym razem nie udało się wbić na parafię. Ale też nie chciałem naciskać. Ani jakoś bardzo mi nie zależało. Cieszę się ze szczerej i wartościowej pogawędki z ojcem Ksawerym 🙂
Nie zależało mi na noclegu na parafii, bo szczerze powiedziawszy, zaczynam mieć trochę dosyć ciągłego gadania ze wszystkimi o tym, co robię, skąd jestem, gdzie jadę itp. Kazachstan jest naprawdę intensywny. Ale w sumie Gruzja i Turcja też były. No, czuję to… Ostatecznie postanawiam wziąć oddzielny pokój w hostelu. Dogadać się z recepcją nie jest łatwo, ale w końcu się udaje i ląduję sam w uroczym, odizolowanym pokoiku. W końcu cisza. W końcu spokój. Nikogo wokół. Ciepło, miękko.
Dzwonię jeszcze do domu. To zawsze trochę podnosi na duchu. Weekend w Warszawie intensywny, bo to jednak święta były. Trochę się działo. Miło posłuchać. Odpływam…
A piesek na zdjęciu jeszcze z europejskiej części wyprawy;)
