Pogodziłem się już z faktem, że Telcel nie odda mi co mi się należy (ech, 120zł poszłooo) więc z pomocą mojego gospodarza doładowuję kartę w Oxxo (taka tutejsza żabka). I kija, znowu coś wymyślili. Znaczy działać działa i w końcu mam internet ale załadowali mi 3gb zamiast 4gb, za które zapłaciłem… Ludzieee…
Na obiad łapiemy burrito (tym razem takie większe, bardziej przypominające to co znamy w Polsce) i lecimy na plażę. Pyszności. A i widoki niczego sobie.
Wieczorem wybieramy się na zachód słońca. Dołącza do nas Isa. Przyjaciółka Armando. Dosyć szybko odkrywam, że ta dwójka jest ze sobą blisko. Od razu widać, że się świetnie rozumieją i dogadują.
Bierzemy trzy duże piwa i wspinamy się na pobliskie wzgórze. Odnoszę wrażenie, że to trochę menelska miejscówka dla dzieciaków potajemnie popijających po szkole trunki dla dorosłych lub innych nieszczęśników zażywających zakazane substancje przy pomocy igły. Ale jest tu świetny widok na zachód słońca (po to tu przyszliśmy) i akurat nikogo nie ma więc spoko.
Isa to super dziewczyna. Pod pewnymi względami bardzo podobna do mojego dobrodzieja. Pod innymi, zupełnie inna.
Gada się super. Ja wyśmiewam trochę stereotypowych Meksykanów. Moi towarzysze śmieją się z przywar typowo polskich. Ale są też pewne komiczne elementy wspólne. Jak np. kult Matki Boskiej i Jana Pawła II. Armando mówi, że jego rodzice czczą „najwybitniejszego Polaka w historii” niemal jak Boga samego. Skąd ja to znam xD.
Dzielimy się doświadczeniami z podróży i couchsurfingu. Gadamy trochę o kulturze Ameryki Południowej. O jedzeniu. O ludziach. O kartelach. O politykach. O religii. O wszystkim.
Zmieniamy scenerię. Jedziemy coś zjeść. Restauracja „Fischer and Hunter”. Brzmi dobrze.
Na stół wchodzą nachosy, frytki i burgery. Swoją drogą, doskonałe! Taniej, więcej i nieporównywalnie smaczniej niż w jakimkolwiek sieciowym fast foodzie.
Moi towarzysze zamawiają piwo. Ja wezmę cole. Na tę wiadomość moi rozmówcy niemal zaczynają się tłumaczyć, że wcale tak dużo nie piją. Ale przecież ja tylko zamówiłem cole xD.
Armando pyta czy nie będzie mi przeszkadzało jak pogadamy o pracy. Czy raczej o dramach w pracy. Ależ skąd? Dawaj!
Wraz z Isą zaczynają snuć długą i skomplikowaną opowieść o byłej pracownicy kliniki, która z bliskiej przyjaciółki stała się rywalką.
Rzuciła pracę u Armando i robi teraz w konkurencyjnej placówce. Zerwała kontakt z całą paczką poza Isą. Armando to boli, bo widział w niej przyjaciółkę. Czuje się zdradzony. Intryga jest gruba. W sprawę zamieszani są byli chłopacy, toksyczne związki, traumy, dziecinne zachowania i nieuregulowane relacje z ojcem. Swoją, drogą o te ostatnie spytałem trochę ironicznie ale Armando chyba tylko na to czekał i jak się odpalił xD.
Armando to wrażliwy chłopak, który bardzo dużo z siebie daje, zarówno wobec gości z Couchsurfingu, pracowników jak i przyjaciół. Nikomu nic nie liczy. Od nikogo nic nie oczekuje. Ale czasem natknie się na kogoś kto tą jego dobroć postanowi wykorzystać. Weźmie ile będzie się dało, wyssie do ostatniej kropli, a jak „przyjaciel” przestanie być użyteczny, to obwini i porzuci. Ale Armando tacy ludzie nie zniechęcają. To rzadkie przypadki. Czasem się spotka niewłaściwą osobę i tyle.
Potem Isa opowiada o swoich dramach. O jej relacji ze wspomnianą wyżej dziewczyną. O swoim chłopaku co to, pracuje na Alasce. O związku na odległość. O swoim podejściu do relacji. O tym, że choć czasem ludzie się od niej odwracają to ona „nigdy nie porzuca przyjaciół”. Ha. Lubię ją.
Konwersacja wyraźnie sprawia dużą frajdę moim rozmówcom. Mówią, że teraz moja kolej na podzielenie się jakąś dramą. Moja? O nie, nie. Ja od takich rzeczy trzymam się z daleka. Nie wierzą. Ale ja nie lubię doszukiwać się dram gdzie ich nie ma. Nie znoszę szeroko rozumianego bullshitu. Pamiętam, że nigdy nie rozumiałem dziewczyn w gimnazjum, które wydawały się czasem wręcz tworzyć i prowokować napięcia między sobą specjalnie. Meksykanie widać to lubią. Ploty, ploteczki. Kto nie słyszał o meksykańskich telenowelach. Moi rozmówcy śmieją się, że potrzebuje więcej „spiciness” w moim życiu xD. O nie. Podziękuję. Cenie sobię swój spokój. Widać niektórzy po prostu potrzebują emocji. Żywią się nimi. Tak pozytywnymi jak negatywnymi. I jak trzeba są w stanie prowokować napięcia i tworzyć dramy na siłę żeby tylko coś się działo. I na cóż se ludzie życie utrudniają? Bez sensu…
Wracając, Isa proponuję jutro poranne bieganie na plaży. Eee… O której? O 6. Auć. No tak. Potem będzie za gorąco. Kręcimy nosem z Armando. Ale…


































