Dziś już ruszam w drogę na poważnie. A przynajmniej taki jest plan xD. Zamuliłem w Tijuanie jak 150. Ale przynajmniej dobrze odpocząłem i teraz na prawdę mam sporo energii i entuzjazmu aby ruszać dalej. Meksyku, nadchodzę!
Wyjazd z miasta okazuje się być bardziej skomplikowane niż się spodziewałem. Po pierwsze, ciężko ustalić jaki autobus zabierze mnie we właściwe miejsce. Nie ma ich tu dużo. Są słabo opisane. Google ich nie uwzględnia. I w ogóle nikt nie potrafił mi powiedzieć gdzie można sprawdzić jak one jeżdżą. To się po prostu albo wie, albo nie. Ech…
No to będzie trochę butowania. I pozostaje mieć nadzieję, że znajdzie się dogodne miejsce do łapania okazji.
Jest gorąco. Trzeba się gdzieś zatrzymać. Dokupić coś do picia, coś do zjedzenia.
Schodzi się tak do późnego popołudnia. Efekt? Korek. Totalny. I wielgachny. Autentycznie szybciej jest mi iść na piechotę niż by było jechać autem. Jakaś stłuczka? Wypadek? Nie zdołałem ustalić. Obawiam się, że tu po prostu tak jest.
W końcu znajduje jakieś miejsce, które wydaje się być sensowne do zatrzymywania samochodów. A więc czas na pierwszy autostop w Meksyku. Byle by mnie nie porwali na organy…
I cyk. Po kilku chwilach staje auto. Dostawczak. Z przodu dwóch jegomościów. Na pace drzemie kolejnych dwóch. Tamci wydają się za bardzo nie ogarniać co się dzieje. Ale kierowca troszeczkę gada po angielsku to się dogadamy.
Podwożą mnie tylko kawałek do bramek na autostradę. Tzn. kilkanaście kilometrów. To ważna podwózka. A co jeszcze ważniejsze, nie pokroili mnie xD. I w ogóle byli bardzo sympatyczni:).
Przy bramkach stoję już trochę dłużej. Ech. Powoli zbliża się wieczór. Dziś chyba będzie dzień z kategorii „wymęczony”. Pierwotnie chciałem dojechać do Puerto Peñasco. To 500km stąd. Mam tam dogadany nocleg. Ale teraz myślę, że jak dojadę do Mexicali (200km) to będzie to duży sukces. Dojadę! Bo w końcu zatrzymuje się ciężarówka. „Mexicali?”. „Mexicali!”. Jedziemy.
Ładuję się obok kierowcy. „Soy Polaco. Viajo per todo el mundo. Quiero ir a Mexicali” wyrzucam z siebie, wspinając się na wyżyny swojego hiszpańskiego. Mój kierowca po angielsku nic a nic. Ja coś tam troszeczkę po hiszpańsku rozumiem. Małe wsparcie od Google translator i jako tako nawet pogadamy.
Zmierzamy na wschód. Wzdłuż granicy z USA. Trasa przyjemna dla oka. Ale tak się nieszczęśnie złożyło, że jak przejeżdżaliśmy przez naprawdę spektakularne pasmo górskie… To już było ciemno. Zdjęć brak:(
Spokojnie dojeżdżamy do miasta.
Pierwsze wrażenie? Jest gorąco. Jak cholera. Parę osób mnie ostrzegało, że pomimo iż Mexicali położone jest niedaleko to są tu zupełnie inne warunki pogodowe. To już prawdziwa pustynia. I depresja. Tzn. miasto znajduje się poniżej poziomu morza. No jest gorąc w każdym razie. Ciemna noc, a wciąż ponad 30 stopni. I duchota. Chowam się do fast foodu. Łapię wifi. I od razu rozsyłam zapytania do lokalnych Couchsurferów. Nie spodziewałem się tutaj zatrzymać. Późno już. Ale może ktoś się znajdzie? Jak nie, to problem.
Znajdzie się! Ba! W ciągu 30 minut zaprosiły mnie 3 osoby! No bajka po prostu! Jacy Ci ludzie tutaj są wspaniali! Znowu się okazuje, że Couchsurfing w Meksyku to zupełnie nowy poziom!
Na motocyklu podjeżdża po mnie Daniel. Młody chłopak. 22 lata. Pracuje i studiuje. Ciekawostka jest taka, że nie ma on jeszcze żadnego doświadczenia z Couchsurfingiem. Konto założył 3 tygodnie temu. A jego miasto nie jest, delikatnie rzecz ujmując, oblegane przez turystów. Więc jak napisałem to bardzo się ucieszył.
Problem mamy taki, że Daniel nie ma drugiego kasku. Na drodze nie jest niebezpiecznie ale znajdujemy się tuż obok posterunku policji. A nawet na pewno się przyczepią. Dużo osób mi już mówiło, że policja w tym kraju jest mocno skorumpowana. Zatrzymują za byle co i oczekują łapówki za puszczenie dalej. Standard. Wolelibyśmy tego uniknąć. Ludzie tutaj ogólnie chyba nie czują się jakoś bezpieczniej w obecności policji. A tej jest sporo. Tak jak lokalnej Meksykańskiej Żandarmerii Narodowej (Guardia Nacional). Ta jest wszędzie. W miastach, na drogach, ulicach. I wyposażona jest już w naprawdę ciężki sprzęt. Jej funkcjonariusze zasłaniają twarz kominiarkami i zawsze noszą przy sobie karabiny szturmowe. Brrrr. Wyglądają groźnie.
Ale udaje się nam uniknąć nieprzyjemnej kontroli. Daniel zabiera mnie jeszcze, a jakże, na tacos. Już po 23, a nasz lokal jest niemal pełny. Zamawiam dwie tortille. Jedna kukurydziana, druga kwiatowa. Czy jakoś tak. Przychodzą placuszki z mięsem. A do tego duża taca z wszelkiej maści sosami i warzywami do wyboru. I to jest bardzo, bardzo fajne podejście. Samemu sobie nakładam, kombinuje, mieszam. Tak samo było przedwczoraj w Ensanadzie jak jedliśmy tostados z Esmeraldą. I tak samo z Omarem jak jedliśmy tacos w Tijuanie. Zauważyłem, że sporo lokalsów po prostu ładuje wszystko po kolei. Ja jednak staram się to zrobić tak, aby udało się zjeść nie ubabrając się przy tym. Absolutnie pyszne.
Choć przyjechaliśmy na meksykańskie żarcie to w Mexicali tradycyjne jedzenie to… chińszczyzna. Bo i mniejszość chińska jest tu spora. Przyjechała z Ameryki dawno temu. I to widać. W samym nawet lokalu jest paru Azjatów.
Dzień do łatwych nie należał, ale skończył się wspaniale. Nie stopowałem od prawie miesiąca! Ach, cudownie jest znowu być w drodze. Wracamy do mieszkania Daniela gdzie dostaję solidny, pompowany materac do użytku własnego. Czas spać.
Dzień 309 – Ja to proszę Pana mam bardzo dobre połączenie




















