Te wieczorki w hotelach jednak robią robotę. Zawsze to można ogarnąć swoje sprawy i wyluzować. W efekcie jak słaby dzień by nie był, w następny wchodzę z pewną, minimalną dozą entuzjazmu.
Po głowie chodzi mi Turcja. Tam też że stopem było totalnie kijowo. I już pogodziłem się z myślą, że nic dobrego mnie w tamtym kraju nie spotka i, że trzeba się przerzucić na autobusy. Ale dałem sobie jeszcze jedną, ostatnią szansę. I wtedy zaczęła się magia. Wschodnia Turcja to jeden z najfajniejszych etapów podróży do tej pory. Kurczę. No może jeszcze raz dać szansę Indonezji? Dam. Ostatni raz.
Z tym całym ich poszczeniem to jakiś totalny przekręt. Kiedyś sobie myślałem, że oni to hardkory są. Tak nie jedzą, codziennie aż do wieczora. Potem jeden posiłek i do spania. Nic z tych rzeczy. Fakt. Nie jedzą cały dzień ale na wieczór to urządzają prawdziwa ucztę. Po czym nie śpią do trzeciej rano i znowu jedzą.
Spod hotelu biorę graba. Wyjadę z miasta żeby nie łazić. Za 5km jakieś 4zł. Zupełnie przypadkiem parkujemy obok jakiejś restauracyjki. Bufet. Otwarty mimo iż ramadan a jest jeszcze przedpołudniem. Zjem. Ostatnio żołądek daje radę to się chociaż najem na początek dnia. Śmiesznie tu jest. Najpierw sam se nakładasz, jesz, a na koniec mówisz co zjadłeś i płacisz. Tzn. ja to wskazuje palcem.
Wystawiam kciuka. Czekam kilka dłuższych chwil. Nic. To zmieniam pozycję, wystawiam znowu i… Pykło. Stanął skuter. Zabierze kawałek. Potem jedno auto, drugie. No i wydaje się, że autostop w końcu zaskoczył. Wciąż nie jedzie się tu zbyt prędko. Droga jest kręta, relatywnie zaludniona ale trzeba przyznać, że jest tu znacząco mniej ludzi niż jeszcze 100 km temu. I dobrze. Choć wciąż rzadko jedziemy szybciej niż 60km/h. Ale jedziemy. Progres.
W dodatku, chyba chyba pierwszy raz w Indonezji mam wrażenie, że zrobiło się ładnie. Pola, lasy, łąki, rzeczki. Nie jest to może nic szałowego ale przynajmniej w końcu się przyjemnie na coś patrzy. Krajobraz póki co to połączenie trochę Tajlandii i Malezji. Miasteczka są długie, ciągną się wzdłuż dróg przez kilometry. To Tajlandia. Ale jak się w końcu skończą to mamy mnóstwo pól. I jakieś góry na horyzoncie. To Malezja.
W ogóle to jest tu znacząco mniej biednie niż na Sumatrze. Domy wyglądają na zupełnie przyzwoite. Auta trochę mniej. Nie ma aż takiego syfu. Na ulicach mniej straganów, a więcej marketów.
Nie dzieje się może nic specjalnego ale jedzie się przyjemnie, do przodu, ludzie stają i zabierają. I to tym razem na dłuższe odcinki. Przynajmniej 50km. I już nie skutery a osobówki. Czasem ludzie nawet sami stoją i proponują pomoc No. W końcu jest lepiej.
Dochodzi 18. Zaraz się będzie ściemniać. Spróbuję jeszcze kawałek. Zatrzymuje się młody chłopaczek na skuterku. Już mamy jechać jak podjeżdża do nas jakiś dwóch ziomków ubranych na pomarańczowo. Wygląda to jak jakaś umundurowana formacja. Gadają z moim nowym, młodym kierowcą. Ten mi tłumaczy, że idziemy z nimi… Jeść. Ok. Jak mus to mus. Nie będę się kłócił. Podjeżdżamy kawałek. Jest tu jakiś spory namiocik. A w środku mnóstwo ktosiów ubranych na pomarańczowo. To wolontariusze. Nie jestem pewien do końca co leży w zakresie ich wolontariowania. Tacy ogólni. Szukają okazji żeby zrobić coś dobrego. Ale za wiele do roboty nie ma to głównie się dobrze razem bawią. Typowy wolontariat xDDD.
Obsypują mnie i mojego dobrodzieja żarciem. Chłopak w ogóle wydaje się być zachwycony obrotem spraw. Dostajemy herbatę, ryżowy kebab (mięsko zawinięte w lepki ryż), soczek z mango. Główny szef mówi mi, że oni to są muzułmanie i poszczą przez dwanaście godzin więc jeszcze nie jedzą ale żebym ja już sobie zjadł. To zaczynam jeść. Po czym po jakiś trzech minutach zapraszają mnie do siebie na dywan, bo post się właśnie skończył i teraz już wszyscy będą jeść xD. Mówią, że na wieczór to już są bardzo głodni. W ogóle z tym całym ich poszczeniem to jakiś totalny przekręt. Kiedyś sobie myślałem, że oni to hardkory są. Tak nie jedzą, codziennie aż do wieczora. Potem jeden posiłek i do spania. Nic z tych rzeczy. Fakt. Nie jedzą cały dzień ale na wieczór to urządzają prawdziwa ucztę. Po czym nie śpią do trzeciej rano i znowu jedzą. Do spania. Wstaną późno. Ten ich „break fast” to po prostu późne śniadanie.
Swoją drogą wielu ludzi tu śpi jak chce. Czasem dwa razy dziennie po 4 godziny. Czasem więcej. Nieregularnie. Jak wyjdzie tak wyjdzie.
A na stole? Ryżu pod dostatkiem. Kurczak. Całkiem niezły. Jakieś rozgotowane warzywka. Tu będę ostrożny. Kilka lokalnych smażonych specjałów. Jest z czego wybierać.
No i standardowo wszyscy zadają mi powtarzające się pytania. Nikt za bardzo po angielsku nie gada. Ba. Nawet nie po Indonezyjsku. Tu ludzie mówią w języku Jawa. Translator już nie daje rady. Ale i tak każdy chce zrobić sobie osobną fotkę. I osobną relacje na sociale. No ale dziś jakoś tak bardzo to nie męczy. Po obiedzie wszyscy idą na modlitwę. „We are muslims. We pray 5 times a day”.
Zrobiło się już zupełnie ciemno. Pytam moich dobrodziejów czy da się tu gdzieś przespać. Da się. Znajdujemy się dosłownie obok hotelu. Choć polecają mi przejechać kawałek i wziąć lepszy, ja pozostanę przy tym. Nie potrzeba mi dziś luksusów. Grzecznie wszystkim dziękuję, przepraszam mojego młodego, skuterowego kierowcę. Ten akurat wydaje się być mimo wszystko zachwycony całym wydarzeniem.
Hotel surowy. Duży. O żadnym standardzie. Szerokie i wysokie korytarze. Duże i puste pokoje. Jest klimat.


































