Fajna była ta wczorajsza wizyta. Niestety ostatecznie znowu wylądowałem w mieście. Nie małym, bo ponad dwa miliony mieszkańców. I znowu trzeba jakoś się stąd wydostać. No to w drogę. Specjalnie wybrałem hotel nieopodal czegoś co przypomina lokalną ekspresówkę. Mam nadzieję, że za parę kilometrów będzie gdzie stanąć i coś złapać.
Umundurowanymi siłą mnie do siebie ściągnęli jak mnie zobaczyli. Zaczynają wypytywać. Częstują wodą… Gorącą wodą.
Dosyć szybko się okazuje, że byłem nieco przesadnie optymistyczny. Rozpoczyna się długa i mozolna wędrówka wzdłuż zatłoczonej, zakorkowanej i głośnej ulicy. Butuję już drugą godzinę i wciąż nie znalazłem sensownego miejsca. Przystaje w małym markecie. Tutaj królują Indomart i Alfamart. I nie jestem pewien czy czymś się od siebie różnią. Akurat w tym co się zatrzymałem za dużego wyboru nie ma. Tu niestety w standardzie nie zamówimy sobie tego co jest w menu, raczej to co… Co jeszcze jest. Raczej nie odnawiają zaopatrzenia codziennie. Kurczaki wyszły. Pozostaje mi wziąć kawusię z lodówki i jakieś ciastko. Gorąco jest…
Ale trzeba iść dalej. Drogą jeżdżą takie jakby mini marszrutki. Co jakiś czas kierowcy zatrzymują się przy mnie i patrzą pytająco. Hmm. Dogadanie się z nimi łatwe nie będzie. Ciężko się zorientować gdzie dokładnie zmierzają i ile sobie za taką pomoc życzą. No ale na kciuka aktualnie nikt nie reaguje. Co tam. Zaryzykuję. Wskakuję do marszrutki przy pierwszej okazji. Pokazuje kierowcy, że jadę prosto jak w mordę strzelił. To mnie przewozi parę kilometrów. Jak zjeżdża z drogi to daje znać żebym wysiadł. To wychodzę. Płacę 5000 batów. Czyli prawie nic. Jakieś 1,20zł. I to chyba jest stała cena bez względu na przejechany dystans. Butuję dalej.
Ta ulica tutaj to jakaś tragedia. Na mapie wygląda na sporą, prowadzi do autostrady. W praktyce jest cholernie zakorkowana. Czyli taka sama jak każda inna. Wczoraj, syn mojego gospodarza znalazł w internecie o info, że Bandung (miasto, z którego właśnie próbujemy wyjść) jest najbardziej zakorkowane w całej Indonezji. Jeden wielki korek. Tysiące pojazdów. Każdy się spieszy. Każdy jest zniecierpliwiony. Każdy trąbi. Jest huk. Chaos. Jest głośno. Jest okropnie…
Głowa mnie póki co za bardzo nie boli. Okazało się, że wiozę ze sobą apteczkę i mam w środku środki przeciwbólowe xD. Pomogły. Głowa i gardło lepiej. Ale humor się nie poprawia. Ciężko będzie coś tu złapać. Problem polega na tym, że zdecydowana większość pojazdów to skutery. I to one jadą od strony chodnika. Auta trzymają się głównie drugiego pasa. Nawet jak jakiś kierowca chciałby się przy mnie zatrzymać to musiałby się przedrzeć przez rój jednośladów. Ech…
Kolejna przerwa na chłodną kawę. Oddychaj. Uspokój się. Nic się nie dzieje. Tylko czemu Ci ludzie za ladą pracują tak… Powoli. Często się zdarza, że w markecie 3 kasy, 5 pracowników, ale tylko jeden sprzedaje. I robi to bardzo, bardzo ociężale. A kolejka na 7 osób. Ech…
Pozostaje próbować się dogadywać z kierowcami marszrutek. Podczas jednego z takich przejazdów na tylną kanapę ładuje się jakiś uliczny grajek. I brzęczy, tuż przy moim uchu. Zaciskam zęby, zamykam oczy i biorę głęboki oddech. „Jesteś tu gościem” powtarzam sobie. No ale mam wrażenie, że Ci ludzie robią wszystko żeby wyprowadzić mnie z równowagi. Ciągle wołanie „Mister!” Bez żadnego wyraźnego powodu. Nie pomogą, nie pogadają, niczego nie potrzebują. Od tak wołają żeby robić huk. Żeby nie było ciszy. No tej tu zdecydowanie nie ma. Jest jeden wielki ciągły szum.
I tak mija ładnych parę godzin. Udaje mi się w końcu dojść do wjazdu na autostradę. Ale ten jest równie chaotyczny co cała dzisiejsza droga. Zaczynam mieć wrażenie, że za dużo to nie postopuję po Jawie. Nie daleko stoją autokary. Podejdę zapytać. Z miejsca obskakuje mnie kilku kierowców. Ale wszyscy jadą do Jakarty. A czy jest autokar, który jedzie w odwrotnym kierunku? Tego nikt nie wie.
No jestem już nieźle zrezygnowany w tym momencie. Siadam na chwilę. Wyłączam się. Kij. Zmienię trasę. Zamiast przez północną, autostradową Jawę spróbuję przejechać przez południową. Mniej rozwiniętą. Trasa prawnie dłuższa ale powinny się na niej dziać ciekawsze rzeczy. I powinno się łatwej stopować. No to w drogę.
Do wieczora prawie nic się nie zmienia. Na koniec łapie przejazd skuterem. I faktycznie w końcu wydaje mi się, że jestem realnie poza miastem. Ale już się ściemnia. A tu słońce zachodzi szybko. Jest jakiś tani hotel w pobliżu? Jest. 15 minut. To idę.
Po drodze mijam jakiś namiot/stanowisko z jakimiś ziomkami, chyba umundurowanymi. Prawie siłą mnie do siebie ściągnęli jak mnie zobaczyli. Ich entuzjazm był naprawdę godny podziwu. Podają stołek. Zaczynają wypytywać. Częstują wodą… Gorącą wodą. A wciąż jest ciepło na dworzu. Dorzucają gorącą kawę i zupkę chińską. Ta nawet nie jest w kubeczku. Zaparzona w torebeczce. Goszczą wszystkim co mają. I to doceniam. Ale po chwili każdy jeden z nich musi sobie ze mną zrobić fotę. A nawet dziesięć. I kilka wideo. Bo tutaj nawet byle strażnik ma tiktoka i tysiące obserwujących. I każdy musi się pochwalić w statusie na whatssapie, że spotkał takiego dziwnego białego.
Kończę szybko jeść i uciekam. Schodzę z drogi do wsi. Ta spokojnie mogłaby służyć za plan filmowy taniego horroru. Dochodzę do hotelu. Zamknięty. Zagaduje sprzedawcę na przeciwko. Ten wykonuje telefon po czym oświadcza mi, że zamknięty i otwarty nie będzie. Ech. Szczerze to nie jestem nawet zdziwiony. Zaglądam jeszcze w jedno miejsce nieopodal ale sytuacja się powtarza. Wracam na trasę. Obok moich kolegów strażników przechodzę szybciutko żeby nie zdążyli mnie zagaić. Dochodzę na jakieś skrzyżowanie. Siadam zrezygnowany. Tylko siedzę. Nie myślę. Nie chce mi się. Czasem tyle wystarczy. Podchodzi do mnie ziomek z domku na przeciwko. Miga. To na migi mu pokazuje, że szukam miejsca do spania. To mnie zaprosił do owego domku.
To chyba raczej miejsce pracy. Wygląda jak magazyn z burkami. Jest tu kliku chłopaczków. Wieczorne chillowanko. Palą, piją kawę, jedzą daktyle i tofu. Częstują. Jeden z nich gra w coś na telefonie. Choć mam wrażenie, że raczej gapi się jak gra się gra sama. Dziwne to dla mnie jest.
Trochę nie mam siły na entuzjazm. Pociągnąłem z półtorej godziny. Gospodarz chyba zauważył, że odpływam. Zaprowadził mnie na zaplecze. Jest nawet łazienka. I materac do spania. Nie wyobrażajcie sobie za dużo. Tu bieda aż piszczy. Ale ja nawet już nie zwracam na to uwagi. Dla mnie to więcej niż potrzebuje. Prawdziwy luksus.
Wieczorem wraca ból głowy. Ale przynajmniej mogę sobie poleżeć na spokojnie. Za wcześnie żeby zasnąć to coś popisze. Bierze mnie znużenie. Ale oddanie się w objęcia Morfeusza nie przychodzi łatwo. Jesteśmy przy samej drodze. Ta, nawet po północy jest mocno uczęszczana. I hałaśliwa. I ciągle ten huk. I ciągle ten szum. Ale w końcu zasypiam. Budzi mnie jakiś wyk. Coś się dzieje za drzwiami. Jakby przyjechał jakiś lokalny cyrk. Wrzaski? Bębny? Dyskoteka? Kogoś zarzynają? Czyżbym miał omamy?

























