Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-03-03 przez MikolajTD

Dzień 158 – Wysokogórskie Walentynki

Dzień 158 – Wysokogórskie Walentynki
2025-03-03 przez MikolajTD

Odkąd pamiętam w walentynki codziennie rano budziłem się z zestawem słodkości obok poduszki. Być może nie dostawałem najwięcej miłosnych listów w klasie ale za to wiedziałem, że na pewno mama mnie kocha. Przy czym doskonale pamiętam, że rok w rok byłem tym faktem niesamowicie zaskoczony. Znaczy tymi słodkościami, a nie tym, że mama mnie kocha. Nigdy się ich nie spodziewałem. Co roku byłem w totalnym, pozytywnym szoku. Mama nie dawała za wygraną tak długo jak mieszkałem w rodzinnym domu.
I nagle jak się już wyprowadziłem za każdym razem jak się budzę o poranku 14 lutego, bez kliku małych smakołyków… Czuć jakiś taki zawód… Smutno jakby…

Ech, że też dzień zakochanych przyszło mi spędzać tak samotnie. Nie ma wśród moich czytelniczek jakiejś uroczej singielki? Być może nie jestem zbyt zabawny ale za to też nie za wysoki. Być może nie mam dobrej pracy, ale za to mam niestabilne życie:).

No i cóż, dziś nie inaczej. Ale przynajmniej nocka spokojna. Miejsce niby publiczne. Ale chyba nikomu nie przeszkadzałem w nocy. A przynajmniej mi nikt nie przeszkadzał.
Nie dostałem słodyczy o poranku to może chociaż uraczę się dobrym śniadaniem. I w drogę.
Idziemy na górę. Na górze jest dżungla. Chcemy ją zobaczyć. Początek drogi to ta sama trasa co wczoraj. Idę sobie spokojnie. I nagle słyszę jakieś żałosne skomlenie. Rozglądam się. Jest kanał. A w środku. Piesek. Piesio. Piesiunio. Taki mały. Taki słodki. Taki brudny. Chyba mu zimno. Padało. Biedaczysko.
Nie daje się wyciągnąć. Nie wzbudzam zaufania. Trudno. Ja jestem wystarczająco wrażliwy żeby się w takiej sytuacji zatrzymać ale nie wystarczająco żeby czekać cały dzień aż czworonóg łaskawie wyjdzie z jaskini. Wygląda dosyć żałośnie. Jak by tu zadzwonić po pomoc to mnie raczej wyśmieją. Maluch pewnie jest tej suki co ją minąłem chwilę wcześniej. Nic mu nie będzie. Idę dalej.
A wędrówka do najprostszych nie należy. Ciągle pod górę. Dobrych kilka kilometrów. Jest stromo. Nic tu prawie nie jeździ. Ale chociaż widoczki fajne:).
Znowu niezidentyfikowany dźwięk. „Be-e-e-e”. Koza. Chyba. Jakaś taka lokalna. I bezczelna w dodatku. „Ty sama be-e-e-e” odpowiadam. Zamilkła. Ha. Zatkało.
Dochodzę na górę. Łatwe podejście to to nie było. Ale forma nie najgorsza. Lżej się łazi jak się już nie waży ponad 100kg.
Na górze chłodno. I chmury wszędzie. Kija widać. Jest wejście do dżungli. Czy też „dżungli”. Wogóle to kiedy jest „dżungla”? Czy każdy las na tej szerokości geograficznej zaliczamy jako dżungla? Czy jak to działa? No nieważne. Wchodzę.
Podczepiam się pod jakąś grupkę. Przewodnik jest przezabawny. Stara się angażować słuchaczy. Tłumaczy jak przetrwać w deszczowym lesie. Co można jeść, a co nie. Zwierzęta można jeść tylko nie małpy, bo to nielegalne. Jak chcecie spróbować jedźcie do Chin. Dowcipniś.
Dziewczyna z grupy mnie zaczepia. „Wow. Dotarłeś aż tutaj. Widziałam jak wchodziłeś.” „Oczywiście” odpowiadam. „Ja też Cię widziałem jak wjeżdżałaś autem”. Pierwszy raz w życiu widzę kobietę na oczy. „Wow” dziewczyna się zachwyca. „Musisz być taki wysportowany”. „To nic, wchodzę tu codziennie w ramach porannego rozruchu”. W myślach przypominam sobie piekące nogi i bijące serce sprzed 30 minut. 
A dżungla? Jak to dżungla. Głośna. Bo ptaki drą się w niebogłosy. Już w tego typu miejscu byłem. W Panamie. Kilka lat temu. Nie robi to może teraz jakiegoś piorunującego wrażenia ale jest przyjemnie. Robotę robi fakt, że jesteśmy na niemałej górze. I te chmury. Znajduję kącik gdzie mogę posiedzieć sam. Pokontemplować.
I schodzimy na dół. Większość trasy to znowu pola herbaciane. Fajne widoki. Schodzę z ulicy. Przechadzam się wśród herbaty(?). Jeśli da się tak powiedzieć xD. Można się poczuć jak prawdziwy zbieracz. Znowu mijam te wszystkożerne kozowate. „Beeeee”. Słyszę. „Ja ciebie też” myślę.
Mijam prawdziwych zbieraczy. Cholipka. Faktycznie zbierają ręcznie. I noszą to wszytko na plecach…
Jacyś przemili państwo pytają czy zrobię im zdjęcie. Zrobię. W zamian oni zrobią mi. Są autem. Mógłbym ich zapytać czy zabiorą mnie na dół. Ale tak przyjemnie się spaceruje. Nie spieszy się nigdzie. Zejdę z buta. Akurat zdążę na czas przed deszczem. Czy też raczej ulewą.
Późne popołudnie i wieczór spędzam w restauracji konsumując w sumie dwa obiady. Sam. Wszystkie moje walentynki towarzyszą mi tylko w wiadomościach w telefonie… No dobra. Tak naprawdę naprawdę to sam xD.
Przyjemny dzień. Idę na spokojnie spać tam gdzie wczoraj.
Ech, że też dzień zakochanych przyszło mi spędzać tak samotnie. Nie ma wśród moich czytelniczek jakiejś uroczej singielki? Być może nie jestem zbyt zabawny ale za to też nie za wysoki. Być może nie mam dobrej pracy, ale za to mam niestabilne życie:).

[modula id=”2896″]

Poprzedni artykułDzień 157 - Bójka pod polem herbacianym.Następny artykuł Dzień 159 - Zimno, leje i jeszcze pogrzeb

1 komentarz

Em pisze:
2025-03-03 o 13:00

Oczywiście, że są wśród czytelniczek (co prawda nieregularnych) urocze singielki!
Muszę Cię jednak ostrzec. Będziesz miał ciężko. Każda z nas zwykłych dziewczyn będzie się bała, że będzie Ci z nią nudno… Ale z drugiej strony czy proste życie również nie jest ekscytującą podróżą??? 🙂

Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta