Do mojej gospodyni przyjeżdża dziś rodzina więc muszę się przeinstalować. Opuszczam Fabiolę (dzięki za wszystko!) i odwiedzam… Fabiolę:) Inną:)
Po drodze zahaczając o katedrę i centrum. Jadę autobusami. Te działają. Da się nawet sprawdzić rozkład w google. Szok!
U nowej Fabioli zostaję na trzy dni. Dziewczyna wydaje się być na drugim krańcu osobowościowym niż moja poprzednia hostka. To spokojna osoba ceniąca sobie swoje spokojne życie w domu z uroczym psem i kolorowym kotem. Pracuje zdalnie. W wolnych chwilach raczej ogląda anime niż snuje plany podboju świata. W ogóle moja aktualna dobrodziejka bardzo, ale to bardzo przypomina mi moją najmłodszą siostrzyczkę (buziaki Młoda 😘). Z wyglądu, temperamentu, charakteru i usposobienia. No po prostu nie mogę tego od zobaczyć:)
Mam czas trochę odpocząć i ogarnąć swoje sprawy. W Hermosillo nie ma za dużo miejsc do zwiedzania. Ale nie znaczy to, że nie ma tu nic ciekawego do robienia. Wszak wciąż znajdujemy się w stanie Sonora, który przecież słynie z doskonałej kuchni i wspaniałych ludzi! Pierwszego wieczoru wybieramy się na najbardziej ikoniczne jedzenie w Hermosillo jakim są… Hot dogi. I choć brzmi to trochę biednie, to w istocie było przepyszne. A ile ludzi!
Drugiego dnia wybieramy się na burrito. Czy muszę dodawać, że smaczne? Potem poznaję chłopaka mojej dobrodziejki, Martina. Ten wydaje się być żeńską wersją swojej dziewczyny. Śmieszni są. Oboje to nerdy ze spokojnym, poukładanym życiem. Poznali się miesiąc temu przez apkę. Oboje to introwerdycy, co podobno nie lubią ludzi, ale codziennie spotykają się z jakimiś swoimi przyjaciółmi lub przyjmują obcych ludzi z internetu pod swój dach. Choć akurat o Couchsurfingu to Martin dowiedział się dopiero teraz, ale Fabiola sporo w życiu zwiedziła i ma duże doświadczenie z hostowaniem i byciem hostowaną. Wieczorem idziemy na jakieś super tacos. Martin próbuje mnie przekonać żebym spróbował lokalnego specjału w postaci tacos z jakimiś podejrzanymi organami krowy. To chyba były wymiona. Zdecydowałem się na bezpieczniejszą opcje proponowaną przez Fabiolę. Tych wymion tylko spróbowałem od Martina. Niezłe. Po kolacji moja gospodyni uznała, że ma ochotę na coś słodkiego. Pyta czy próbowałem już typowych meksykańskich słodyczy. Nie. Nie? No to jedziemy do Oxxo, zaopatrujemy się w mnóstwo okropnego cukru i będziemy degustować w domu.
Najbardziej podeszły mi już znane smaki. Chałwa, orzechy w miodzie czy wafle, ze skondensowanym mlekiem. Okropnie słodkie. Ale nie tak bardzo jak reszta typowo meksykańskich słodyczy. Ta bowiem to jakaś dziwna wariacja na temat cukru przyjmowanego na ostro. Lizak, cukierek, żelek. Wszystko smakuje tak samo. Jak ostry cukier. Szału może nie ma ale zabawa przednia. Dodatkowo moja para nerdów opowiada mi trochę o lokalnej kulturze. W Sonora jest jakaś taka koncepcja, że na święto zmarłych grupa uhonorowanych mieszkańców przebiera się za jakieś straszne zjawy. Kojarzy się to z jakimiś pogańskimi, pre kolumbijskimi rytuałami. Wygląda to creepy. Stroje, maski. Przebierańcy przez 40 dni nie mogą pić, palić, uprawiać seksu itp. A na końcu, jako te zjawy, są (dosłownie) bici. O co chodzi? A no okazuje się, że te szkaradne postacie to obraz biblijnych faryzeuszy, którzy w ramach tego formatu są potępiani jako „żydzi, którzy zabili Jezusa”. Uuuaaa.
Tak czy owak, cudowny wieczór:)
Którego jednak konsekwencje odczułem następnego ranka. Brzuch boli. I średnio się czuję. Przechodzi po dwóch godzinach. Warto było:)
Na śniadanie znowu wyborne tacos. A na lunch wybieramy się do miasta razem z przyjaciółmi Fabioli z Couchsurfingu. I szok, pierwszy raz będę jadł jakieś meksykańskie żarcie… Bez tortilli! Nie byłem pewien czy to legalne ale najwyraźniej chyba tak.
Na stół wchodzi zupa. W środku pływa krowi żołądek. Nie powiem żeby to była najsmaczniejsza rzecz jaką jadłem w życiu ale nie było źle. Ponoć bardzo „Hermosillo rzecz” ta zupa.
Wogóle jeśli chodzi o meksykańskie żarcie to mam dwie refleksje. Pierwsza jest taka, że może być to najlepsza kuchnia jaką przyszło mi próbować podczas tej podróży. Druga: o ile największą religią w Australii jest bez wątpienia sport, o tyle największą religią w Meksyku jest niewątpliwie właśnie jedzenie. I z tą tezą wydają się zgadzać wszyscy napotkani przeze mnie Meksykanie.
Wieczorem gramy w karty. UNO. Fabiola ma z 7 UNO. W różnych wersjach. Ja nawet nie wiedziałem, że są jakieś wersje. Więcej. Czy wiedzieliście, że UNO ma swoją drugą część? Nazywa się: (uwaga, uwaga, werble budują napięcie)… „DOS” xD.
Ale my pozostaniemy przy Giat UNO. Taka wersja z wielgachnymi kartami. Urocza. Do tego kawka, bułeczki. No kolejny cudowny wieczór:)
Fabiola zadbała bardzo o mój wypoczynek ale także o moje doświadczenia kulinarne i społeczne. To świetna dziewczyna, która bardzo dużo mi z siebie dała. Dzięki Fabiola!
Dni 315 – 317 – Uno, Dos!
Poprzedni artykułDzień 314 - Druga zasada autostopu: Nie jesteś pewien? Nie wchodź!
Następny artykuł Dni 318 - 319 - Po prostu
Następny artykuł Dni 318 - 319 - Po prostu





























