Pobudka na na wzgórzu. Walnąłem się na skale. Czasem to działa dobrze. Ale nie tym razem.
Dziś plan jest prosty. Rano do kościoła, wszak niedziela. Potem nic nie robienie. Miasto spodobało mi się od pierwszego spojrzenia. Chcę tu zostać dzień czy dwa.
Kościół zaliczony. W środku różnorodnie. Dużo pań zaangażowanych w parafie. Trochę Aborygenów. Ale głównie biali. Po mszy standardowo ludzie grupują się przed kościołem i gadają przez kilkanaście minut.
Teraz ogarnąć jakąś szamkę, podładować baterie. Trochę się pobujać po okolicy. Alice Springs mocno przypomina coś co mam w głowie myśląc o odosobnionym amerykańskim miasteczku. W ogóle Australia pod bardzo wieloma względami przypomina mi USA. Przestrzeń. Odległości. Road House’y. Kultura picia. Przemysł mięsny. Duże, szerokie drogi. Duże auta. Nawet krajobraz, choć warto pamiętać, że oba kraje są pod tym względem bardzo różnorodne. A pod względem kultury Australijczycy to są już zupełnie zamerykanizowani. Muzyka czy filmy to niemal wyłącznie kawałki zza oceanu i Hollywood. No i spoko. Bo przy tym całym klimacie nie ma tu typowych dla Ameryki bolączek. Przestępczości czy bezdomnych. Choć być może akurat Alice Springs nie jest najlepszym tego przykładem. Tu mi wszyscy na około mówią, że to miasto to dla Australii synonim przestępczości. Chodzi ponoć głównie o Aborygenów. Kilka dni temu dziecięcy gang zgwałcił jakąś turystkę z Europy. Miały chłopaki szczęście, że mnie tu jeszcze nie było. Wszyscy mówią żebym bardzo na siebie uważał ale ja jakoś jestem bardzo o siebie spokojny.
Tym razem na wieczór znajduję już trochę bardziej przyzwoitą miejscówkę. Na ziemi. Wciąż na wzgórzu. Jesteśmy już na tyle daleko od północy, że krokodyle mi już nie grożą. Psów dingo w okolicy też nie ma. Trzeba jeno uważać na węże i pająki.
Wokół Alice Springs znajduje się mnóstwo ciekawych i kolorowych pieszych szlaków. Dziś zamierzam trochę je poeksplorować.
Na głowę zakładam żółty kapelusz, który podarowała mi Lindy. Podarowała… to znaczy miał iść do śmieci ale że, ja nie miałem…
Wychodząc z miasta nagle znikąd zatrzymuje się przy mnie auto. W środku grupka, młodych czarnych Aborygenów. Jeden chłopaczek pokazuje mi żebym podszedł. To podochodzę. Chłopak wyciąga izotonik i mówi, że to dla mnie. „Elektrolity, potrzebujesz”. Wow. No i co? No i nie ma co ludzi po stereotypach oceniać. Póki co dla mnie rdzenni mieszkańcy Australii byli tylko bardzo mili.
Trasa jak wygląda to widać na zdjęciach. Zrobiłem ładne paręnaście kilometrów. A wieczorem do pubu zaprosił mnie na piwo gość z CS. Idziemy. Pub fajny, utrzymany w klimacie post apo mad maxowym.








































