Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-04-22 przez MikolajTD

Dni 204-206 – Wodospad i schody śmierci

Dni 204-206 – Wodospad i schody śmierci
2025-04-22 przez MikolajTD

Następny dzień przeznaczam na nadrobienie pisania i jakieś pierdoły. Na plus udało się znaleźć pokój w zdecydowanie wyższym standardzie za niższe pieniądze.

Ale kolejne 24 godziny to znów niezbyt udana próba wyjechania z miasta. Malang do najmniejszych nie należy. Więc nie było to łatwe. Na początek wzywam Graba żeby przejechać kilka kilometrów. Chwilę po tym jak ruszamy zaczyna lać. Ale to mojego kierowcy nie powstrzyma. Wyciąga mi jakąś pelerynę i jedziemy dalej. Zmokłem. Ale przestało padać. A ja dosyć sprawnie załapałem się na pakę, na której był już załadowany motocykl. Przejeżdżamy kilkanaście kilometrów i… Znowu zaczyna padać. I to bardzo. Kierowca zatrzymuje się na stacji i daje mi wysiąść. Z przodu już miejsca nie ma. Jedzie dalej.

Nie jest to łatwa przeprawa. To chyba najtańsze schody po jakich kiedykolwiek chodziłem. Trzeba się naprawdę nieźle pilnować żeby się nie zje… nie przewrócić. Jest ślisko. Bo akurat trochę mży. A mi się spieszy.

Wciąż leje. Lipa. Nawet nie próbuje łapać w takich warunkach. A te się nie zmieniają. Ech… Jest jak jest i tyle. W końcu wychodzi słońce. Złapanie czegoś po drodze przychodzi ciężko. Ale spotykam kilku ziomków na skuterach, którzy spontanicznie sami proponują pomoc. Ostatecznie nawet wolę nie mówić jak daleko dziś zajechałem. Ale na wieczór jestem już przy większej drodze, która prowadzi we właściwym kierunku. Przed spaniem chowam się w knajpie gdzie za dwie bardzo przyzwoite porcje smażonego ryżu i dwie mrożone herbaty płacę… niecałe 8zł. To chyba rekord. Zastanawiam się czy właściciel mnie dobrze policzył.
Snuje plany na najbliższą przyszłość. Układam trasę na resztę Indonezji i Australię. Do tego składam wniosek o elektroniczną wizę i kupuje bilet do krainy kangurów. Czyli postanowione. Następna Australia.
Spać idę na stacji benzynowej. Nie ja jeden. Bo jest tam specjalnie wydzielona strefa do nocnego odpoczynku. Trochę głośno, ale przynajmniej bezpiecznie.

Rano budzi mnie drapanie w gardle. Koledzy śpiący obok już się obudzili. I palą jak smoki. Paskudztwo. Wstaję, ogarniam się i idę.
Przechodzę kawałek. Po drodze jakieś śniadanko. I po kilku chwilach łapię stopa. Starsza para. Jedziemy.
Moi dobrodzieje są bardzo kontaktowi i starają się pomóc jak tylko potrafią. Sami też jadą na Bali. Ale dopiero pojutrze. No niestety nie mogę tak długo czekać. Ale za to przejdziemy się razem nad Tumpak Sewu Waterfall. Jebitnie duży wodospad. Rzekomo najwspanialszy w całej Indonezji. No może w końcu uda się tu coś zobaczyć xD.
Uda się:). Dojeżdżamy. Wstęp do parku kosztuje 12 zł. Indonezyjczycy monetyzują każdą atrakcję jaką się da ale ceny biletów raczej nie przekraczają 20zł. Z małymi wyjątkami.
Wchodzimy na teren wodospadu „od góry”. I już tutaj robi to spore wrażenie. Ale żeby w pełni nacieszyć się widokiem należy zejść na dół. Idę. Moi dobrodzieje poczekają.
Nie jest to łatwa przeprawa. To chyba najtańsze schody po jakich kiedykolwiek chodziłem. Trzeba się naprawdę nieźle pilnować żeby się nie zje… nie przewrócić. Jest ślisko. Bo akurat trochę mży. A mi się spieszy. Jestem trochę mniej ostrożny niż powinienem.
Zszedłem. Na dole jest trochę ludzi. Część z nich to biali turyści a to dla mnie dziwny widok.
Jakieś ziomeczki pytają czy mam bilet. W sumie nie jestem pewien czy nie zostawiłem na górze. Sprawdzam kieszenie. Mam. Uffff. To w drogę.
Rozpoczyna się danie główne. Duży wąwóz prowadzący do wodospadu. Kamieniście. Wilgotno. A ja mam jakiś niczym nieuzasadniony, bardzo dobry humor. Wreszcie gdzieś dotarłem.
Niezbyt rozważnie przechodzę w trucht. Nawet bieg. I to taki w przygodnym, kamienistym środowisku. Ostatnim razem biegałem będąc 16kg cięższy. A teraz nawet nie mam ze sobą plecaka. Pomimo braku treningu czuję się doskonale. Biegnę bez zmęczenia niczym „Ci co zaufali Panu”. Przeskakuje z kamienia na kamień. Płynnie wymijam niedzielnych turystów. Czuję się lekki jak piórko, zwinny jak gazela, zgrabny jak rusałka!
Dobiegłem. Jest. Wielgachny wodospad…

Nie wiem co napisać więcej. Obczajcie sobie zdjęcia xD.
Te zrobić było nie łatwo. Bo krople z wodospadu są wszędzie. Ludzie robią foty, starając się przy tym nie zniszczyć sprzętu. Nie chce mi się stać w kolejce do zrobienia sobie ikonicznej, instagramowej fotki na wielkim głazie, z wodospadem w tle. To cykam zdjątko jakiejś ranodmowej, akurat pozującej lasce. I tak była ładniejsza ode mnie.
Posiedziałbym tu pewnie dłużej, ale moi dobrodzieje czekają na mnie na górze. A wspinaczka raczej też trochę zajmie. Wracam.
Autostopuję dalej. Na wieczór dojeżdżam do jakiejś większej mieściny. Hoteli w okolicy brak. No nic. To bez większych nadziei idę dalej i wystawiam kciuka. O dziwo, znajduje się kolejna dobra dusza. Tęgi chłopaczek weźmie mnie na skuter. I przejedziemy jeszcze dobre kilkadziesiąt kilometrów. Choć nie była to najwygodniejsza podróż. W dodatku po drodze zaczęło lać. Jeny. Tyle co ja zmokłem przez ostatnie dwa dni to nie zmokłem przez ostatnie pół roku.
Mrużę oczy. I nagle uświadamiam sobie, że mój kierowca nie ma ani okularów, ani przyłbicy, ani w sumie niczego. Widzi tyle co ja. I jedzie dosyć szybko. Matko! Zabije nas!
Takie pogodzenie się z tym, że ludzie jeżdżą jak wariaci i każdy autostop to spore ryzyko to już dawno przerobiłem. Ale tym razem naprawdę miałem spory niepokój. Chłopak wyciskał ze skutera ostatnie poty, jadąc w korku i w paskudną pogodę.
No ale przeżyliśmy. I przestało padać. Mój młody dobrodziej zaprasza mnie na smażony ryż. Za stół posłużą nam schody.
Chłopak mówi, że tanie hotele są rzut beretem stąd. To idziemy sprawdzić. Są. I naprawdę ekstremalnie tanie. Nawet 12zł za pokój! Ale niestety wszystko zajęte. Zaglądam ukradkiem. Wydaje się, że mieszkają tutaj lokalsi. W jednym lokum dostrzegam 6 osobową rodzinę. W małym pokoju z łazienką, w którym jedyne co jest to łóżko.
No to dziękuję mojemu dobrodziejowi i idę szukać dalej. Po drodze znowu się rozpadało. Mech. Zaczepia mnie jakaś babeczka, mówi żebym się schował w jej lokalu. To klub bilardowy xD. Nikogo tu nie ma. Miła pani proponuje mi kawę i pyta co tu robię. To mówię, że szukam hotelu. To ona, że jej mąż mnie zawiezie gdzie trzeba. No dobra, nie będę się kłócił.
Śmieszna babeczka. Bardzo kontaktowa. Proponuję partyjkę w bilarda. Ale przestało lać to wolę iść dalej. Małżonek zabiera mnie na skuter i jedziemy. Objeżdżamy 3 hotele. Wszystkie pełne. Dziwne. Może mieć to coś wspólnego ze świętami. Ludzie wrócili do miejscowości rodzinnych spotkać się z bliskimi.
Po konkretnych poszukiwaniach w końcu coś się znajduje. Standard niski i nie ma klimatyzacji. Za to bardzo duża przestrzeń i nawet kawałek ogródka.
Zasypiając myślę sobie, że tak psioczę na tę Indonezję, a tyle takiego spontanicznego dobra okazanego przez zwykłych ludzi na ulicy to chyba nigdzie indziej nie uświadczyłem.

Poprzedni artykułDzień 203 - @#&%!? - w końcu to wulkan!Ilustracja wprowadzajaca dzien 203Następny artykuł Autostopem do...

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta