W sumie w Azji spędziłem coś około pół roku. Sporo czasu. Zdążyłem się do pewnych rzeczy przyzwyczaić. I pewnymi zmęczyć. Idzie nowe. Czas na Australię. Głową byłem już tutaj od kilku tygodni. Teraz będę również ciałem. Zapowiada się spora zmiana. To mnie nakręca i motywuje. Aż jestem ciekaw co takiego mi przyniesie kraina Kangurów.
Lot nie jest długi, jakieś 2,5 godziny. Jak się łatwo domyślić, cały ten czas przespałem. Lądujemy i czas na bramki. Ciekawe jak pójdzie. Na początku spoko, ale przed samym wyjściem na bok zaprasza mnie babeczka w mundurze. Przegląda całą zawartość plecaka. Pyta co i jak. Okazuje się, że zainteresowało ją, że nie podałem konkretnego adresu, pod który zamierzam się udać tego dnia. No nie mam. Czytałem, że spanie na dziko w Australii jest legalne tam gdzie nie jest zabronione. To konkretów w ankiecie nie podałem. Nie planowałem grać głupa. Jak mundurowa się dowiedziała, że zamierzam autostopować i spać w namiocie… Uuu… Zamierzasz dojechać do Sydney? Autostopem? Czy Ty wogóle zdajesz sobie sprawę z tego co mówisz?
To jej tłumacze. Że wiem co robię. Żem doświadczony. Że dojechałem z Polski tutaj to i do Sydney dam radę.
Trochę się te oględziny przedłużają. Babeczka pyta mnie ile mam pieniędzy. Trochę zawyżam, że mam niby więcej niż mam. A ona, że to bardzo mało i że umrę tutaj xD. Przypomina mi się podróż po Izraelu w 2019. Tam mi babka w okienku mówiła to samo. Żałuję, że nie miałem jej okazji powiedzieć potem, że trzy tygodnie tam kosztowały mnie 900zł. Łącznie z biletami. A większość tej kwoty poszła na tygodniowy pobyt w Domu Polskim w Jerozolimie. Można? Jak się chce to można.
Wracając, pani tutaj każe mi odpalić konto bankowe i pokazać ile mam w środku. Ups… Muszę to zrobić? Okazuje się, że muszę jak prosi. To pokazuje i gram głupa że polska złotówka to bardzo mocna waluta, i że w dolarach australijskich to wychodzi więcej niż jest naprawdę. Zadziałało xD. Trochę to trwało ale w końcu mnie przepuściła. Ufff… Witamy w Australii!
Ogarnianie na lotnisku. Jakieś wifi. Lokalizuje najbliższe centrum handlowe i idziemy. Jakaś godzina drogi. Od razu po wyjściu z lotniska mamy pierwszy wniosek. Jest gorąco. Jak cholera. Drugi wniosek, po miesiącach podróży w końcu dotarłem do jakiejś prawdziwej cywilizacji! Szerokie ulice. Porządny asfalt. Przyzwoite domy. Zielone, przycięte trawniki. Wow. Prawie jak w domu.
Tyle, że żeby dotrzeć do sklepu to faktycznie muszę się nachodzić. Odległości od wszystkiego są tu spore. Ale udaje się. Na lotnisku odruchowo wypłaciłem pieniądze z bankomatu. I dopiero się zorientowałem, że to zupełnie bez sensu. Jesteśmy w Australii. Tu wszędzie płaci się kartą. Idę do sklepu. Ogarniam ceny. No w restauracjach to tu jeść nie będziemy. Ale z głodu nie padnę. Da się coś przyzwoitego ogarnąć w sklepie w ludzkich pieniądzach. Myślałem, że będzie gorzej.
Wypadałoby ogarnąć internet. Znajduje sklep z telefonami. Pytam o ofertę. Obsługuje mnie chłopak. Wiem na pewno, bo na koszulce ma przypięte zaimki. He/him. Pierwszy raz w życiu coś takiego widzę. I w sumie jestem wdzięczny za te plakietkę. Bo nie do końca byłem pewien jakiej płci jest mój rozmówca. Wydało mi się, że chłopak. Ale rysy twarze delikatne a przez koszulkę wyraźnie widać… Piersi. Wyglądało to jak prawdziwy, konkretny biust. Ciekawe.
Ostatecznie najważniejsze, że chłopak był ekstremalnie pomocny i uprzejmy. I to wogóle też się bardzo szybko rzuca w oczy, że obsługa klienta tutaj to jakie zupełnie nowy poziom. W najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Za to w ramach nieprzyjemnych niespodzianek orientuje się, że w samolocie zostawiłem… Powerbank. I kable. Serio. Jeny, ale amatorszczyzna…
Resztę dnia spędzam ładując telefon w centrum handlowym. Trzeba było kupić do tego odpowiednią wtyczkę ale to najmniejszy problem. Kolejną niespodzianką jest fakt, że tutejsze sklepy zamykają się już o 16.00! Słyszałem o tym. I faktycznie. O 17.00 już niemal wszystko pozamykane! No kosmos jakiś.
Zmęczony jestem. Kilka ostatnich nocek nie spałem ani zbyt dużo ani z zbyt dobrze. Padam. Walę się na trawkę. Jestem gotów tutaj tak przeleżeć do rana. Gdyby tylko nie ta zbliżająca się burza. Błyska w oddali. Zbiera się mocny wiatr. Nie ma co czekać. Zgarniamy graty i ładuje się na spory podziemny parking. Tu będę bezpieczny. Gdyby tylko nie ci strasznie hałaśliwi aborygeni. Co oni? Nie śpią po nocach?
Wstaję i idę kupić ten głupi powerbank. Ostatecznie jest mi potrzebny. Chciałem go trochę podładować w sklepie ale przyszedł ochroniarz i mówi mi, że nie wolno mi tu siedzieć. Mogę stać, ale nie siedzieć. xD. To ja chyba sobie pójdę. Zgarniam jakiś suchy prowiant i w drogę.
Czas sprawdzić czy będzie coś z tego autostopu. Niby jestem w mieście ale warunki do łapania są i… Bingo! Staje auto i zabiera. Akurat wywiezie mnie za miasto. Kierowcą jest facet z Bangladeszu. Pracuje w porcie jako tzw. „agent”. Ha. Akurat z nimi miałem trochę do czynienia. Ucinamy sobie miłą pogawędkę. Ziomek wywiezie mnie kawałek dalej za miasto. Super. Dzięki!
I tu się zaczynają schody. Nie mogę złapać nic przez prawie trzy godziny. Długo. Choć żeby być uczciwym godzinę z tego przedrzemałem na przystanku autobusowym xD. No ale jest ciężko. Warunki do łapania niby dobre. Ale po prostu nic nie staje i tyle. Hmmm… No ciekawe co to będzie z tym autostopem w Australii. Niby nic skomplikowanego. Nie ma tu za dużo dróg. Prawie wszędzie auta mają przestrzeń żeby się zatrzymać. Ale chętnych brak…
W końcu, zatrzymuje się babeczka. Starsza pani. Mówi, że daleko nie jedzie ale może mnie zabrać. Lepsze to niż nic. Moja kierowczyni okazuje się być na poszukiwaniach. Koleżanka jej córki ma zaawansowanego alzheimera. Okazuje się, że gdzieś się zgubiła. Moja dobrodziejka krąży po okolicy i szuka jej już prawie 3 tygodnie. Taka historia.
Łapie dalej. Tym razem nie czekam aż tak długo. Zatrzymuje się facet. Przedstawia się jako Joshua. Ekhm… W sensie, że jak Jezus? Tak. Dokładnie tak. Ojej. Spotkałem Jezusa. Dosłownie.
Facet jedzie nieco ponad 100km dalej. Zabierze mnie. Mówi, że sam kiedyś stopował to się zatrzymał. Trochę opowiada o kraju. Trochę o sobie. Jest projektantem ogrodów. Z zawodu i pasji. Ma swoją posiadłość kawałek za miastem. Wymieniamy się telefonami. Mój dobrodziej mówi, że jakbym nic nie złapał to on ma tu mieszkanie na Airbnb to mnie poratuje. Wow. A to miłe.
I cóż… Dalej już nic nie złapałem. Za to zbliża się burza. Leje. No tak. Uświadomili mnie ludzie po drodze, że mamy porę deszczową. Lać będzie w tej okolicy prawdopodobnie codziennie. Hmm… Uciekam pod jakieś schronienie. Jest tu mała wioseczka. Jedna stacja benzynowa i sklep. Jest zasięg. To warto zaznaczyć, bo to nie jest standard. Po drodze raczej go nie było. Nie zginę. Przestaje lać. I według internetów nie powinno w się to zmienić nocą. Ekstra. I jest nawet publiczny, otwarty prysznic. Wow. Jakie luksusy. Napisałem do Jezusa ale nie odpisuje. No cóż. To się wezmę, umyje i chyba będę się zbierał do spania. W prysznicu towarzyszy mi modliszka, żaba i gekon. Australia pełną gębą. Po zadbaniu o higienę przechadzam się trochę po okolicy i natykam się na jakieś dwunożne zwierzęta. Niewiele mniejsze od człowieka. Jest ich spora grupka. Kiedy podchodzę, te odskakują. Kangury! To one! Są tutaj! Na prawdę istnieją!
























