Wspominałem już, że jazda na pace tutaj to codzienność? Ale, że będę tak podróżował autostradą to nawet tutaj się nie spodziewałem. No ale cóż. Jest okazja, ziomek zatrzymał się przed bramkami, jedzie do stolicy, mówi żebym wskakiwał to wskakuje. Na bramkach nikt nie zgłaszał zastrzeżeń. No to jedziemy.
No dobra, „jedziemy” to nie jest adekwatne określenie. Zapierdala… Google pokazywał 1.5h drogi. Przejechaliśmy w jedną. Łapałem stopa przed bramkami z 30 minut. Wyprzedziliśmy każde jedno auto, które mnie wtedy minęło. Ta autostrada to jedyny kawałek drogi w tym kraju, który jakoś przypomina standardy drogowe z Polski. Mój kierowca ewidentnie ma uciechę z odrobiny równego asfaltu. Albo bardzo, bardzo mu się spieszy. Jeny… Zapomniał o mnie? Przecież jak zaliczymy choćby niewielką dziurę, podrzuci mnie i zwieje… Zaciskam dłonie mocniej na telefonie i dokumentach schowanych w kieszeni.
Przeżyłem:). I przyznaje, uciechę miałem jak dziecko. Bawiłem się doskonale. Humor dopisywał 😉
Vientiane. Stolica Loasu. Nic tu nie ma ciekawego. Zupełnie nic. Spędzam parę godzić błąkając się po mieście. Nie za bardzo przejmując się co dalej. No i jak to ostatnio często bywa odpowiedź przyszła sama. Ziomek co go poznałem wcześniej ogarnął mi hotel. Trochę to trwało. Ale na wieczór ładuje mnie do bardzo przyjemnego pokoju. No cóż, chętnie skorzystam 🙂
[modula id=”994″]
