Zastanawiałem się czy da radę przejechać dookoła świata autostopem w 80 dni. Ogólnie myślę, że się da. Jakby cisnąć na pałę to do zrobienia na luzie. Jest tylko jeden szkopuł. Oceany. O takim co złapał samolot na kciuka jeszcze nie słyszałem. Ale jachtostop istnieje. Choć załapanie go czasem graniczy z cudem. No i czas. Przepłynięcie Pacyfiku kontenerowcem to dwa tygodnie. Mniejszą jednostka, dłużej. Atlantyk to co najmniej tydzień. Ale myślę, że da się zrobić. Kto wie, może kiedyś się szarpnę na taki „czelendż”.
Rano mojego dobrodzieja nie spotykam. Wieczorem przyszedł do niego kumpel palić zioło więc szybko nie wstanie. Przy czym wczoraj jeszcze mi powiedział, że on w nocy nie śpi, bo pilnuje domu. No ok. No to pożegnałem się z jego żoną i dziećmi.
Ogólnie wygląda na to, że moje teksty są czytane przez dużo, dużo więcej osób niż bym się tego kiedykolwiek spodziewał. W sumie miło. Chyba nikt Was nie zmusza więc skoro czytacie to chyba znajdujecie w tym jakąś wartość.
Trochę butuję i łapie pierwszą okazję dziś. Ciekawy przypadek. Ziomek pod 40. Nie licząc akcentu, gada świetnie po angielsku. Właśnie jedzie odebrać klienta. Ma jakieś biuro turystyczne, które oferuje odwiedzającym życie że „zwykłymi” mieszkańcami Laosu. Poza tym prowadzi kilka fundacji, głównie uczy za darmo dzieciaki angielskiego i dużo udziela się na rzecz „lokalnej społeczności”. Był mnichem przez 6 lat. Trochę mi opowiada o co chodzi z tym „mniszym” systemem. Jak młody chłopak postanawia żyć zgodnie z naukami Buddy, musi porzucić rodzinę, wyrzec się wielu ziemskich przyjemności, odprawiać modły, dbać o świątynie itd. W zamian ma zapewnione podstawowe środki do życia i, co najważniejsze, dostęp do edukacji. Generalnie to zaciągają się do świątyni głównie po to żeby się uczyć, ale niektórzy pozostają w mniszym stanie na całe życie. Mój kierowca to ogólnie straszna gaduła. Ale ma konkretną wiedzę o swojej ojczyźnie więc miło posłuchać. To taki typ co pewnie co roku zdobywa nagrodę „obywatela Luang Prapang”. Godzinka minęła bardzo szybko.
Następny autostop to para Chińczyków. Chłopak i dziewczyna. Jadą przez Vang Vieng więc zabiorą mnie już na miejsce. Fajnie. I oni też są fajni. Po drodze zapraszają na obiad. A jak dotrę do Vientiane (stolica) to tam też zapraszają na obiad. Miło.
Krajobraz się zmienia. Więcej gór, ale za to mniejsza gęstwina. Bardzo, bardzo fajne widoczki. Ja osobiście właśnie w takich momentach mam najmocniejsze poczucie, że doświadczam uroków geograficznych kraju. Kiedy po prostu przemieszczam się z miasta do miasta, a droga po drodze jest cudowna.
Docieramy do Vang Vieng. Znowu jedno z głównych turystycznych miejsc w Laosie. Największa mordownia w kraju. Tzn. Imprezownia. Nie ma tu co prawda plaży ale europejki, amerykanki i latynoski chodzą tu w bardzo, bardzo kusym bikini. Cóż… Nie będę narzekał.
Późno się zrobiło, a ja nie zamierzam korzystać z imprezowych uroków miasta. Biorę pokój i idę trochę chillować. Tylko trochę, bo obiecałem sobie, że w końcu roześlę informacje o blogu wszystkim moim znajomym, którzy mogliby być nim zainteresowani. Ogólnie wygląda na to, że moje teksty są czytane przez dużo, dużo więcej osób niż bym się tego kiedykolwiek spodziewał. W sumie miło. Chyba nikt Was nie zmusza więc skoro czytacie to chyba znajdujecie w tym jakąś wartość. No miło.
No w każdym razie wygląda na to, że projekt będzie kontynuowany. Chyba wypada, żeby moi kumple i kumpele też o nim wiedzieli. Miałem to zrobić duużo wcześniej ale tyyyle się działo. No dziś to już muszę…
[modula id=”951″]
