Wczorajszy dzień był kijowy. Bardzo miło się skończył ale szczerze powiedziawszy nie miałem nawet siły żeby się tym jakoś bardzo ucieszyć. No ale najważniejsze, że jestem już za miastem. Tu powinno być już lepiej. Mam nadzieję.
Nikt tu się nie spieszy. Nikt niczym za bardzo nie przejmuje. Pękła? To trzeba wymienić. Popatrzymy sobie jak to wygląda. Pogadamy z mechanikiem. Poopowiadam o tym jaki to jestem „crazy”. Że podróżuję już od ponad 6 miesięcy, i że jestem z Polski, i że jadę do Australii…
I wydaje się, że jest. Autostop łapie się po kilku chwilach. W środku auta jakaś wesoła ekipa 3 dorosłych ziomków. Zabierają. Jedziemy.
Zagadują, są kontaktowi. Pytają czy już jadłem. Nie jadłem. To zapraszają na obiad. A co tam. Zaryzykuję. Jakaś przydrożna knajpka. Żarło standardowe. Dobre. Rzucam okiem jak płacą. Za cztery przyzwoite posiłki, cztery herbaty (koniecznie z lodem i cukrem), jedną mandarynkę i jednego banana płacimy coś koło 30zł. Tak można żyć.
Trochę butuję. Widać, że w końcu zmieniły się okoliczności na nieco przyjemniejsze. Jakieś pola, lasy. Mniej domów. Chyba jesteśmy w górach. Trochę przyjemniej. To na plus.
Zatrzymuje się ziomeczek na skuterze. Nawet gada po angielsku. Zabierze mnie kawałek. Facet nawija na tyle dobrze, że chce mu się gadać przez całą drogę. Odwraca się do mnie i coś tam ciągle dopytuje. A jeździ dynamicznie. Ja to ledwo się trzymam w siodle. A ten nawija i nawija. Coś czuję jakiś luz pod tyłkiem. Mój kierowca też to czuje. Flaczek. Dyntka. Hmm… Facet nie przejmuje się za bardzo. Staje. Rozgląda się. Pyta babeczkę gdzie tu można dętkę wymienić. A przynajmniej tak mi się wydaje. Ta pokazuje do przodu. Idziemy. Waldo (mój dobrodziej), zagaduje jakąś dziewczynkę. Ta biegnie po mistrza wymiany dętek w skuterach. A ten okazuje się być „my friend” dla Waldiego.
Nikt tu się nie spieszy. Nikt niczym za bardzo nie przejmuje. Pękła? To trzeba wymienić. Popatrzymy sobie jak to wygląda. Pogadamy z mechanikiem. Poopowiadam o tym jaki to jestem „crazy”. Że podróżuję już od ponad 6 miesięcy, i że jestem z Polski, i że jadę do Australii…
Wymieniona. Jedziemy dalej. Do domu Waldiego już nie daleko. Ale najpierw zajedziemy po obiad. Tzn. dla mnie. Mój dobrodziej bardzo nalega abym zjadł kurczaka w jego domu. To będzie dla mnie zaszczyt.
No ale trzeba jeszcze ten obiad kupić. Mam wrażenie, że kucharka i sprzedawczyni, rówieśniczka 50 letniego Waldiego mnie kokietuje. „You are handsome” mówi. „Wiem” – myślę. „Thank you” – odpowiadam. I rzucam jakiś dżentelmeński komplement w stronę naszej rozmówczyni.
W domu mojego gospodarza mieszka jeszcze jego żona i trójka dzieci. Akurat teraz są tam jescze jacyś mali koledzy. Dostaję dywan do zjedzenia i obiadek. Ale jem tylko ja. Cała rodzina pości do wieczora. Ale bardzo, bardzo nalegają abym zjadł. Nie będę się kłócił. Wszak są to bardzo, bardzo, bardzo mili ludzie. Przed wyjściem robimy tysiąc zdjęć i wymieniamy telefony. Dostaje jeszcze paczkę ciastek na drogę. Miło.
Idę dalej. Coś jeszcze złapie. Coś podjadę. Jakoś to idzie. Bez porównania lepiej niż wczoraj. Ale wciąż, szału nie ma.
Zgarnia mnie jakaś osobówka. W środku facet, jego córka i siostrzeniec. Dostaję od nich… Paczkę ciastek. Chce poczęstować ale oni wszyscy poszczą. Pomimo, że dzieciaki to nawet nie są nastolatki. No nic. Wszystko dla mnie.
Łapie już ostatniego stopa. Dostawczak. Podjeżdżamy kolejne kilkanaście kilometrów. Ląduje w jakiejś większej miejscowości. Robi się późno. Słońce już zaszło. Ciemno jest. Zachodzę do kilku okolicznych hoteli. Poza budżetem. Sprawdzam internety. Wygląda na to, że coś się znajdzie. Przechodzę parę kilometrów. Docieram na miejsce. Kurka, nic tu nie widzę. Ale na mapie wszystko się zgadza. Jest jakiś większy budynek, do którego da się wejść. Nie przypomina hotelu. Raczej jakiś akademik… Bo to jest akademik! I uczelnia obok. Uczelnia? Brrrr. Uciekać!
Spoglądam na mapę. No kurde. Wszystko się powinno zgadzać. Ale nie ma tego hotelu. A nie. Wróć. Jest. Po drugiej stronie ulicy. Pfffff. Źle był zaznaczony na mapie ok?
I co z tego, że jest, jak zamknięty. Ale wisi kartka z numerami. Dzwonię. Ktoś nawet odbiera. I ktoś nawet mówi po angielsku. Karze czekać. To czekam. I czekam. I czekam. I nic. Jakiś chłopaczek się mną zainteresował. Podchodzi i pyta czy nie potrzebuje pomocy. To miłe. I zdarza się to relatywnie często. Mówię mu jak wygląda sytuacja. Trochę gawędzimy. W końcu przyjeżdża gość od hotelu. Wszystko cacy. Honorują apki więc płacę jakieś tam 23zł. Pokój przyzwoity. No milutko po prostu.
Trochę mi ten dzień jednak też dał w kość. Tzn. był męczący. Czas sobie zrobić przyjemny wieczór.
Niby się trochę ruszyło ale ostatecznie przejechałem jakieś 90km. Mało. Do Bali wciąż 900. Kurka. To jest duuużo większy kraj niż by się wydawało patrząc na mapę. Jeśli weźmiemy najbardziej oddalone od siebie zakątki dwóch Indonezyjskich wysp to rozpiętość tego kraju jest porównywalna że Stanami Zjednoczonymi. Zastanawiam się co począć jutro. W tym tempie to mi się wiza skończy zanim dojadę do Bali. To chyba już czas na autobus…




























