Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-04-06 przez MikolajTD

Dzień 197 – U rodziny w Indonezji

Dzień 197 – U rodziny w Indonezji
2025-04-06 przez MikolajTD

Kurna. No kurna no. Woda przestała lecieć. Ani z kranu, ani z myjki, ani z prysznica. A ja stoje cały namydlony. I co… Kurna.
Coś tam bulczy i chlupocze w rurach. Co jakiś czas skapnie kilka kropel. Mało. Wspomagam się wodą z butelki. Tu trzeba być uważnym, bo nie ma jej za dużo. Ale starcza. Tyle dobrego. Głupio by było jakby potem spłynęło ze mnie mydło na ulicy podczas jakiegoś zarwania chmury. Wycieram się dokładnie jak rzadko.
W drogę. Do przejścia jeszcze pewnie parę kilometrów ale potem się już powinno coś złapać. Po drodze jakieś jedzonko. No, tu trzeba być uważnym. Kurczak, ryż i daktyle spoko. Jakieś mleko. Fajne pod uzupełnienie wartości odżywczych. Choć nie jestem pewien co na to mój żołądek.
Znajduję miejscówkę pod stopa. Zatrzymuje się jakiś pojazd z paką. Ale ta jest bez żadnego ogrodzenia? Barierki? (to się synek platforma nazywa :D) No, że jest taki, że można łatwo z niej spaść. Z przodu się nie zmieszczę, bo siedzą już dwie osoby. Pokazuje kierowcy, że chcę jechać tą drogą. Ten mi pokazuje żebym się ładował na pakę. Serio? Spoglądam na ziomka pytająco. „Serio, serio” wydaje się odpowiadać jego twarz. Zastanawiam się przez ułamek sekundy.  Nie wygląda to na dobry pomysł… Ale jak teraz się wycofam to faceci jeszcze pomyślą, że jestem pi..dą. Ej! Nie jestem! Wskakuje.

W sumie nie było tak źle. I nawet mogłem się chwycić kratki. Niepotrzebnie się martwiłem.
Jedziemy niestety niezbyt daleko. A może na szczęście? W każdym razie trzeba zaraz łapać kolejną okazję. Tu trochę przychodzi mi poczekać. W międzyczasie zatrzymuje się tęga babeczka na skuterze. Zaczyna wypytywać o co mi chodzi. Jakieś standardy. Sugeruje pociąg albo autobus? Kurde. Ja rozumiem, że Ci ludzie chcą pomóc. Ale często nic, a nic nie pomagają. Co ja nie wiem, że można pojechać autobusem? Albo, że trzeba być ostrożnym? No dziękuję bardzo. A w tym czasie kiedy z nią gadam nie łapię stopa. Przejeżdża kilkadziesiąt aut. Kto wie czy mi okazja nie przepadła.
Podobnie sprawa się tyczy stojących niedaleko sprzedawców. Ci, oczywiście, też są zainteresowani. I też chcą pomóc. Ale to ich gadanie banałów raczej irytuje i przeszkadza niż pomaga.
W końcu się zatrzymuje auto. Paka ale tym razem taka prawilna z kratką i „ściankami”. Jedziemy. Kawałek, nie za daleko, ale zawsze coś.
Stąd już niedaleko do wjazdu na autostradę. Ze 20 minut z buta. Idziem. Jednym z plusów wszechobecnych sterujących ruchem drogowym jest fakt, że jeśli są w pobliżu, pomogą Ci przejść przez jezdnię. To się przydaje. Bo tu na prawdę nie jest bezpiecznie na ulicy. I kierowcy wcale nie zawsze słuchają ludzi w kamizelkach, ze światłem i gwizdkiem.
Dochodzę do bramek. Zajmuje dogodne stanowisko. Wystawiam kciuka i… Dupa. Stoję chyba ponad godzinę. I zupełnie nic. Nic się nawet nie zatrzyma. Co jest? Dobre miejsce. Dobry kierunek i właściwy zwrot. Wszyscy jedziemy tą samą drogą. A tu nikt nawet nie stanie? Dziwne. Trochę to wygląda jakby na Jawie autostop miał działać zupełnie inaczej niż na Sumatrze. Tam łapał się sam. Tutaj…
Staje auto. Całkiem nowe i przyzwoite. A takie są tu raczej rzadkością. Z przodu siedzi facet w średnim wieku i jego syn. Mówią po angielsku, całkiem komunikatywnie. Jedziemy!
Moi dobrodzieje wracają do domu w Bandung. Kolejne duże miasto. Nie jest to ani daleko ani idealnie po drodze na mojej trasie. Ale zapraszają na obiad. Przekonali.
Mój kierowca, Andrii, to praktykujący muzułmanin. Robimy przerwę na stacji żeby on i jego syn mogli się pomodlić. Pożądnie spełniają obowiązek modlitwy 5 razy dziennie. Poza tym Andrii prowadzi owocowy biznes. Eksportuje mrożone owoce za granicę. Najwięcej mangosteen do Chin. Ten owoc jest, zdaje się, dosyć unikalny. Nie rośnie w wielu miejscach. Głównie w Indonezji i Tajlandii. Ponoć wymaga 100 letnich drzewek (!?). Sporo gadamy o owocach właśnie. Jeśli chodzi o te tutejsze, tropikalne… No ja jestem zdania, że one jednak lepiej wyglądają niż smakują. Trochę już tęsknię do winogron, pomarańczy, brzoskwinek, truskawek, jabłuszek…
Ale jeśli ktoś z Was jest zainteresowany importem mrożonych owoców z Indonezji to Andrii jest chętny na współpracę. Także mamy kontakt;).
Syn mojego kierowcy to dwudziesto letni student na jakiejś uczelni biznesowej. Mówi, że też by chciał tak jak ja podróżować ale jego paszport… Indonezyjski jest chyba jednym z najsłabszych na świecie.
Dojeżdżamy do domu. W tym mieszka niemała rodzinka. Andrii, jego żona i 5 synów. 5 synów. No nieźle. Matka mówi, że już jej wystarczy. Jest chaos w domu. To wogóle wydaje się być przeurocza kobieta. Nosi burkę ale wogóle nie wygląda jakby miała już za sobą 5 ciążę. A przy tym jest taka serdeczna, kontaktowa i urocza. W muzułmańskim domu to czasem nie do końca wiadomo jak się zachować. Ale gospodyni podała dłoń. Przygotowała kolację i jadła razem z nami. To też, zdaje się nie jest żaden standard. A jedzenie? To jedzenie jest bez wątpienia najlepszym jakie do tej pory jadłem w Indonezji. Kurczak, wołowina, ryż, sosiki, jakieś tofu i domowej roboty ciasteczka. Jako gość zostałem uhonorowany jeszcze świeżym kokosem. Po kokosa, skoczyliśmy razem do sklepu wraz z najstarszym synem. Skuterem, do sklepu który znajdował się… Góra 200 metrów od domu xD.
Na deser wpada jeszcze pizza. A co tam. Ta smakuje klasycznie. Jedna z nich ma taki fajny wulkan do maczania kawałków w serze. Spoko.
Gawędzimy sobie trochę. Ja nawijam o podróży i Polsce. Chętnie też zadaje pytania o Indonezję. Około 30 tysięcy wysp. Setki języków i dialektów. Mnóstwo różnych kultur. I jakimś sposobem Ci wszyscy ludzie koegzystują w pokoju. Nie ma historii lokalnych wojen ani konfliktów. Nie ma współcześnie tarć muzułmanów z chrześcijanami. No i pięknie.
Pytam skąd się wziął tutaj Islam. Przywieźli go jakieś 600-700 lat temu Gurdźarowie. Gurdźarów kojarzę tylko i wyłącznie z AoE2 xD. Zdaje się, że to jakaś średniowieczna cywilizacja stacjonująca na terenach dzisiejszych zachodnich Indii.
No przecudna i przesmaczna to była wizyta. Ale czas się zbierać. Wyłapałem jakiś tani hotel w mieście. Mój gospodarz zaoferował się, że mnie odwiezie. Bardzo miło z jego strony. Dzięki Andrii!
Szczęśliwie, tym razem hotel jest, działa i respektuje rezerwacje przez aplikację. Wspaniale. No to wygląda na to, że znowu mam przed sobą przyjemny wieczór. Choć leżąc na łóżku odkrywam, że chyba boli mnie głowa. Co najmniej stan podgorączkowy. Shit… Nie wróży to najlepiej na jutro.

Poprzedni artykułDzień 196 - Długie macki JakartyNastępny artykuł Dzień 198 - 5000 batów w piach i bieda aż piszcy

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta