Stacje tutaj są… Inne. W zasadzie to wszystko tutaj jest inne. Docieram na dworzec. Przynajmniej tak mi się wydaje. Stojący przy bramie strażnik mówi mi, że nie mogę tedy wejść, bo to wjazd tylko dla pojazdów. Karze mi dyrdać ze 300 metrów na około. Pfff… No nie mógł mi po prostu dać przejść. No nie mógł.
Docieram już na właściwe miejsce. A tu? Huk. Harmider. I wszelkie inne epitety oznaczające „głośne” wyrazy zaczynający się na samo „h”. I jeszcze chaos. I do tego jeszcze chaos.
Siadam. Gapie się w kałużę. Jest szaro, mokro, parno, nieprzyjemnie.
Nie opuszczam Dżakarty pełen entuzjazmu, ani do końca zdrowy. Ale mam już jej absolutnie, serdecznie dosyć. Nie wytrzymam ani jednego dnia więcej w tym miejscu.
Ludzi jak mrówków. Kupują bilety. Sprzedają wszystko co się da. Siadam na moment. Leje się ze mnie jakbym wyszedł z sauny. Ech… No nie ma we mnie jakiegoś wielkiego entuzjazmu. Obudziłem się z bólem głowy. Ten się dalej utrzymuje. Po całym tym pobycie w Dżakarcie ostatecznie i tak wyruszam w drogę chory. No, może bardziej chorawy.
Jest głośno. I to męczy. Rozglądam się. Nie widzę żadnego okienka, w którym mógłbym się zorientować co i jak. Bilety się tu kupuje w terminalach samoobsługowych skanując kod QR. Hmmm… Przejdę się. Rozejrzę. I znajduję. Jest okienko z podpisem „tickets”. Tylko jedno. A stacja niemała.
Stolica Indonezji to kawał miasta. Plan jest taki żeby wyjechać jak najdalej przy pomocy kolei i potem stopować. Nie jestem pewien jak wyjdzie. No ale trzeba spróbować. Chłopak w okienku mówi mi, że muszę kupić lokalną kartę. Na jeden przejazd… No trudno. Mus to mus. Peron 6. Na tym, setki ludzi. Wow. Serio, dawno nie musiałem być tak ostrożny podczas chodzenia na dworcu. Patrzę na tablicę przyjazdów. Pociąg będzie niedługo ale pokazuje mi, że jedzie w odwrotnym kierunku. Tzn. w odwrotnym zwrocie. To wracam i pytam faceta przy barierkach gdzie mam jechać żeby dojechać tu i tam. Ten mi tłumaczy, że muszę się cofnąć jedną stację i tam zmienić pociąg. Ok… O tym mi chłopaczek w okienku zapomniał wspomnieć…
Kojarzycie tego mema z Melem Gibsonem w roli Mela Gibsona (tzn. Braveheart) krzyczącego „HOLD”? To tak Ci ludzie tu wyglądają przy wjeździe pociągu na peron. Nie istnieje żaden porządek pierwszeństwa wyjścia/wejścia. Obowiązuje prawo dżungli. Cóż. Akurat w takich okolicznościach to ja wygrywam.
Spokojnie cofam się jedną stację. Zmieniam pociąg (to jest dosyć proste dzięki uprzejmości tutejszego strażnika) i już jadę w odpowiednim kierunku i zwrocie. Trochę to trwa. Ale przejeżdżam ładne kilkadziesiąt kilometrów.
Czas trochę pobutować. Pewnie kilka kilometrów i tak będzie do przejścia zanim znajdę spot na stopa. Po drodze mam okazję podziwiać przedmieścia Dżakarty. Te są biedne. Brudne. Nieprzyjemne. I się ciągną. Długo się ciągną.
Spada jedna kropla, dwie, trzy… I zaczyna lać. Chowam się pod drzewem. Działa. Obok stoją lokalsi wpatrzeni we mnie jakbym był pierwszym w historii Indonezji spadniętym śniegiem. Jak już się otrząsnęli z szoku to zaprosili pod nieco szczelniejsze schronienie. Mili.
Choć szczerze powiedziawszy, nie mam najmniejszej ochoty z nimi rozmawiać. Wogóle nie z bardzo mam nastrój na kontakt z lokalsami. Ciągłe gadanie o tym co robię, skąd jestem, i że nie, nie mówię po Indonezyjsku… Proponują coś do jedzenia. Spasuje. Wolę nie ryzykować.
Jak tylko przestaje padać, dziękuję moim nowym kolegom i idę w trasę. Rozglądając się za jakimś sensownym miejscem do łapania stopa. Te się nie znajduje. Za to po kilkudziesięciu minutach znowu zaczyna lać… Tym razem zawczasu upatruję sobie właściwe schronienie. Stoi tu też kilku kierowców Graba. Ci to pewnie mają dobrze ogarnięte tego typu miejscówki. Siadam. Gapie się w kałużę. Jest szaro, mokro, parno, nieprzyjemnie.
Nie opuszczam Dżakarty pełen entuzjazmu, ani do końca zdrowy. Ale mam już jej absolutnie, serdecznie dosyć. Nie wytrzymam ani jednego dnia więcej w tym miejscu. Nie w pełni sił ale wolę już być w drodze i liczyć, że może ta będzie dla mnie łaskawa.
Przestaje lać. Idę dalej. Wciąż nie ma gdzie sensownie stanąć. Żeby nie iść główną ulicą schodzę na pobocze. Ląduję na jakimś polu. W sumie odświeżający widok. Przez kanalik postawione są domki, jak sądzę, lokalnych rolników. Bieda, ale jest w tym pewien klimat. Jakoś fajnie to wygląda.
Zbliża się wieczór. Hmm… Wyjazdy z dużych miast zawsze są ciężkie. A ja nie jestem w najlepszej formie. To sprawdzam czy w okolicy znajdzie się jakieś miejsce do spania. Coś niby jest nie daleko. Zajdę.
Zapuszczam się w uliczki, które wyglądają już podejrzanie. A przynajmniej wyglądałyby gdybym nie był już w takich miejscach dziesiątki razy.
Dochodzę na miejsce gdzie powinno być moje schronienie. No, budynek to może stoi ale lokalne dziewczę szybko mnie uświadamia, że hotel jest zamknięty. Ha. A rezerwacje i opłatę przez aplikację zrobić można.
Entuzjazm spada mi jeszcze bardziej. Jest jeszcze kilka innych spotów gdzie można zapytać o nocleg. Zaraz będzie zupełnie ciemno. A tutaj na prawdę nie ma co liczyć na sensowne oświetlenie czy solidny chodnik. Parę kilometrów. Idę.
Mieliśmy już hotel, który nie honorował własnego ogłoszenia na aplikacji, hotel który był zamknięty pomimo iż w internecie widniał jako otwarty, a teraz mamy hotel… Którego nie ma w ogóle. No po prostu nie ma. Pytam jakiegoś ziomka, który wydaje się gdzieś tu pracować. Ten uśmiecha się z zakłopotaniem i wskazuje mi oddalony o jakieś 300 metrów budynek. Mówi żebym tam spróbował. Spróbuję. Po drodze sprawdzam miejscówkę w internecie. Dochodzę na miejsce. Pytam o cenę. Dwa razy wyższa niż w apce. I nie, nie honorują rezerwacji online. Ech. Od biedy wezmę. Ale jest jeszcze jeden hotelik obok. To sprawdzę. No ten już honoruje te wszystkie internetowe ogłoszenia. Nawet nie mam siły szukać dalej. Biorę ten.
Chłopak mówi, że mogę wybrać pokój. Czasem warto obejrzeć. Choć tu akurat się okazuje, że każdy jest absolutnie identyczny. Wybieram na podstawie stanu higienicznego. Choć ten wciąż pozostawia sporo do życzenia.
No nie był to jakiś najfajniejszy dzień. No ale może chociaż zrobię sobie przyjemny wieczór? Mam kilka godzin zanim pójdę spać. Duże łóżko, sensowną łazienkę, internet. Można o sobie zadbać. Jest przyjemnie:).























