Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-03-21 przez MikolajTD

Dzień 185 – Home! Sweet Home!

Dzień 185 – Home! Sweet Home!
2025-03-21 przez MikolajTD

Wychodzę z miasta. Jest gorąco. Cholernie gorąco. Muszę trochę pobutować. Nie ma tu dobrej miejscówki do łapania okazji.

„Indonesian food” mówi. To wygląda… Bardzo podejrzanie. To chyba jakaś zupa. O kolorze, za przeproszeniem, sraczkowym. Na wszelki wypadek czekam aż mój kierowca skosztuje pierwszy.

Co do autostopu to mam dosyć spore nadzieje wobec Indonezji. Poziom otwartości tutejszych ludzi pozwala wierzyć, że będą oni skorzy do pomocy. Być może głównie ze względu na mój kolor skóry, ale wciąż.
Wydaje się, że moje przeczucia były uzasadnione. Zatrzymuje się obok mnie ziomeczek na skuterze. Ma zieloną koszulkę więc zakładam, że to kierowca Graba. Dziś już chyba kilkunastu zawracało mi głowę. Daję do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany przejazdem. Ale facet mówi, że akurat jedzie w tym kierunku więc może podwieźć. Ha. No to ekstra. Jedziemy.
Ziomek nie jedzie jakoś daleko ale zawsze warto chociaż wyjechać z miasta. Mój kierowca jest żywo zainteresowany moją wyprawą. W miarę daje radę po angielsku. Mówi, że w razie czego mogę przenocować u niego. No jacy życzliwi, wspaniali otwarci ludzie. Ale nie. Dziś chcę jechać dalej.
Pomimo że to skuter to gadka się toczy. Chłopak nie jedzie za szybko. I nagle mam wrażenie, że mówi do mnie coś czego wolałbym aby nie mówił… Dopytuje na wszelki żeby się upewnić. Ziomek powtarza. „I am very horny. I want to suck your dick”.
No żesz ja pier…. Czemu to ciągle przytrafia się właśnie mnie?
Tak uprzejmie jak tylko potrafię (czyli niezbyt) mówię typowi żeby się zatrzymał. Schodzę. Ech…
Zaraz zatrzymuje się auto. Tu już pełna rodzinka w środku. Podwożą mnie kawałek. Jest gorąco. Jak cholera. Idę do marketu. Zaopatruje się w kawusię i lodzika. I idę dalej. Nie ma co zamulać. Przed wjazdem na autostradę zatrzymuje się kolejne auto. Samo. Kierowca pyta co i jak. Jedzie w moim kierunku. Zabierze.
Młody chłopak. Bardzo kontaktowy i zaangażowany. Ciekawy szczegółów mojej podróży. Gada jak nakręcony.
Coś mi się nie zgadza. Jedziemy autostradą. I to niemal pustą. A tymczasem zegary wskazują… 60km/h. Co jest? Raz na jakiś czas wyprzedza nas jakieś auto. Ale tak ledwo ledwo. Chłopak oszczędza paliwo? Jest zbyt skupiony na rozmowie? Nie. Tutaj jest limit. Masz jechać między 60 a 80 km na godzinę. Na pieprzonej autostradzie xD. No ciekawe, ciekawe.
Ale ma to swoje plusy. Jest szansa, że nic mnie nie zabije jak wyjdę z auta. Bo decyduje się łapać kolejną okazję pozostając na autostradzie. A co tam. Praktycznie wszędzie na świecie jest to nielegalne. Ale tu policja nawet nie zwolniła jak mnie mijała. To chyba można. Za to zatrzymała się ciężarówka. A nawet dwie. Jadą w tandemie. Droga hamowania wyniosła chyba z 300 metrów. To trzeba podbiec. I pomimo plecaka na plecach, nawet się nie zdyszałem. Spadek masy robi swoje.
Kierowca tira zabierze mnie konkretny kawałek. Jakieś 600km. Bajka.
Mój kierowca to swój gość. Pozwala walnąć mi się na kanapę z tyłu. Dobrze. Bo wędrówka okazuje się być mozolna. Wjeżdżamy do miasta. A tu korki. Korki jak cholera. Czy mamy jakieś fajne słowo określające uliczny korek ale taki jebitny? W sensie taki wielki. Ogromny. Stojący.
Jedziemy niby na około miasta, a i tak posuwamy się jak ślimaki. Po drodze mój dobrodziej przystaje żeby kupić jakieś jedzonko. „Indonesian food” mówi. To wygląda… Bardzo podejrzanie. To chyba jakaś zupa. O kolorze, za przeproszeniem, sraczkowym. Na wszelki wypadek czekam aż mój kierowca skosztuje pierwszy. Zupa okazuje się być… Bananowa. I marchewką w środku. Typowe uliczne żarcie tutaj. Azjaci.
Do tego jeszcze jeden kubek „z czymś”. Wciąż nie jestem pewien co tam wtedy zjadłem. Taki jakby mus z gorczycy czy coś.
Wyjazd z miasteczka zajmuje nam ładne parę godzin. Wygląda na to, że podróż do następnego punktu kontrolnego, który znajduje się kilkaset kilometrów dalej, trochę potrwa. I jutro pewnie też tam jeszcze nie dojedziemy.
Zatrzymujemy się na tutejszej stacji dla ciężarówek. To kawał błotnistego pola. Stara, śmierdząca, zgrzybiała latryna. I drewniany domek-knajpka gdzie serwują jedzonko. Idziemy jeść. Na miejscu jest już parę truckerów. Wygląda na to, że się znają. Kilku z nich dopytuje mnie o co ze mną chodzi. Są zainteresowani. Zapraszają na kolację. I nie, oczywiście, że nie dadzą mi zapłacić.
Wybór do jedzenia nieduży. Rybka albo kurczak. Reszta zestawu się od siebie nie różni tym razem, wyjątkowo, wezmę rybkę. Oczywiście że smażona na głębokim tłuszczu. Całkiem niezła.
Mój kierowca mówi mi że mogę się już położyć spać. Gdzie? No w ciężarówce. Okazuje się że w ramach jednego tira mają dwie kanapy do spania. Chyba pierwszy raz widzę takie rozwiązanie. Takie proste. No to ekstra. Mój dobrodziej jeszcze posiedzi i pogada z kolegami. Ja idę spać. Zapowiada się dłuuga podróż.
A zasypiając uświadamiam sobie, że dziś mija dokładnie pół roku jak opuściłem dom…

Poprzedni artykułDni 182-184 - Barber czy Rzeźnik?Następny artykuł Jest słabo, ale damy radę. Nie?

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta