Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-03-02 przez MikolajTD

Dzień 157 – Bójka pod polem herbacianym.

Dzień 157 – Bójka pod polem herbacianym.
2025-03-02 przez MikolajTD

Poranek podobny jak wczorajszy. Ruszam w drogę. Po drodze jakieś śniadanko. Zaczynamy wędrówkę z buta. Trzeba znaleźć jakąś dobrą miejscówkę do łapania stopa. Ale jakoś nic takiego się nie znajduje. Hmm… Idę tak dłuższy kawałek. I nic.
Na moment przystaje na poboczu. Ogarniam coś na telefonie. I nagle czuję obce ciało biorące mnie pod rękę. WTF?

Obok znajduje się salon z automatami do gier. Ha. Zajrzę. Za dzieciaka tylko kilka razy miałem okazję się bawić na czymś takim. Wspominam bardzo dobrze. Może by spróbować? Patrzę na zabawkowy motocykl stojący przed automatem…


Natychmiast obracam się frontem do jakiegoś licho wyglądającego tubylca. „What are you doing?” Wypalam spokojnie ale stanowczo. Krok do tyłu. Lewa ręka prostuje się i pilnuje dystansu przy okazji sygnalizując typowi żeby się nie zbliżał. Prawa już zaciśniętą w pięść. Gotowa w każdej chwili do działania. Typ nic nie mówi. Wzdrygnął się. Cofnął. Jesteśmy w naprawdę kijowym miejscu na przepychanki. Z jednej strony barierki, za którymi znajduje się kilkumetrowa przepaść. Na dole rzeka. Z drugiej strony jest gorzej. Ruchliwa ulica po której co rusz przejeżdżają niemałe i niewolno samochody. Ustawiam się plecami do barierek. Z dwojga złego to mniej zła opcja. „What do you want?” poprawiam. Typ wygląda na zmieszanego. „Where are you from?” Pyta. Ziomek wygląda niegroźnie. Ale szczerze powiedziawszy nie jestem pewien czy nie jest pod wpływem jakichś środków. Wygląda na chorego, słabego. Jego oczy są bardzo dziwne. „Who are you” pytam. W sumie głupie pytanie w tym momencie. „Me, friend” duka. Ziomek próbuje się do mnie zbliżyć. Daje jasno do zrozumienia że ma tego nie robić. Kontroluję dystans lewą ręką. Ziomek nie odpuszcza. Mówię że jak podejdzie „to pożałuje”. Sam zdziwiłem, że tak mocno powiedziałem. Ale jest to mimo wszystko adekwatna reakcja. Typ chyba zrozumiał. Podniósł ręce w geście pokazującym, że jest niegroźny i nie ma wrogich zamiarów. Przerobiłem trochę teorii z zakresu samoobrony na ulicy. Gdyby typ miał przy sobie jakieś niebezpieczne narzędzie to na tym etapie należało by mu już sprzedać gonga i brać nogi za pas. W sytuacji bez wyjścia, atakuj pierwszy. Ale nie ma nic w rękach. Trochę się uspokoił. To naprawdę niebezpieczne miejsce na takie uprzejmości. Samochody przejeżdżają niecały metr od nas. I nie zwalniają na nasz widok. Wystarczy, że któryś się potknie i tragedia gotowa. „Nie zbliżaj się, odejdź” mówię. Kontroluję wzrokiem. Trzymam dystans. I powoli się oddalam. Gdy jestem już bezpieczny obracam się i szybko idę w swoją stronę ale… Typ idzie za mną. Przyspieszam. Po chwili się obracam i widzę, że typek jest dużo bliżej mnie niż był poprzednio. Musiał podbiec. Nie ma innego wyjścia. No dobra. Sam się prosił. Zawracam. Idę prosto na niego. Pewnym, stanowczym krokiem, patrząc prosto w oczy. Typ… Kuca. I chowa głowę między rękami. Przechodzę obok. Idę w drugą stronę. Chowam się za pagórkiem. Typ odpuszcza i odchodzi.
Być może przereagowałem. Ziomek nie wydawał się, mimo wszystko, groźny. Ale za to wyglądał jakby był pod wpływem. Nie ma żartów. Być może potrzebował pomocy, być może szukał kontaktu albo przyjaciela. Ale jak zachodzi mnie obcy zza pleców i łapie pod rękę, to jedyne co może ode mnie dostać to w ryja.
Nie ma się co nad tym rozwodzić. Sprawdzam telefon. Nieopodal jest jakieś pole herbaty. Główna atrakcja w okolicy. To idziemy. Jest to mała wspinaczka ale po kilkunastu minutach jestem na miejscu. Wygląda na to, że przyszedłem naokoło. Większość ludzi dojeżdża tu w ramach wycieczki samochodem. Na tarasie można sobie zrobić ładne zdjęcie z serduszkiem lub na huśtawce. A widoczki są ładne:). Opisywać nie będę. Zapraszam do galerii;)
Schodzę. Łapię stopa. Dziewczyna podwiezie mnie kawałek. Łapię kolejnego. W środku hinduski. Bardzo miłe i uprzejme. Pomagają z uśmiechem na ustach:). Dowożą mnie do trochę większej miejscowości. Stąd trzeba przejść jakieś 4 km do kolejnego pola z herbatą. Tym razem większego. Z herbaciarnią i fabryką. Idę. Po chwili zatrzymuje się samochód. Kierowca pyta skąd jestem i co robię. Pytam czy nie zabrałby mnie kawałek tą drogą. Zabierze. Ekstra. Oszczędzi mi trochę chodzenia:)
A na miejscu jest sporo ludzi. To już typowy punkt turystyczny. Jest zielono. Widoki fajne. Cała droga prowadziła przez pola. Ale tu je widać najlepiej. Można usiąść na tarasie, zamówić ciastko, napić się kawy. No dobra. Nikt tu kawy nie pije. Tylko herbata. Jest ładnie, przyjemnie, milusio. Rozglądam się po okolicy. Natknąłem się na jakąś wycieczkę, która właśnie wchodzi do fabryki. Pracownik mówi, że też mogę wejść ale nie wolno w środku robić zdjęć. Co? Ja jestem blogerem. Przecież robię zdjęcia tylko po to żeby publikować w internecie. Jak nie wolno robić zdjęć to po co wchodzić?;) No dobra, żartuje. Niewielka strata, bo w środku w sumie nic ciekawego. Ale te zapachy. Mmm.
Po wyjściu można sobie jeszcze spróbować próbkę herbacianego napoju. Wygląda na to, że nikt tutaj tego nie pije na czysto. Raczej z mlekiem albo cytryną. I na słodko. Je nie jestem jakimś wielkim smakoszem ani kawy ani herbaty. Ale to tutaj smakuje mi bardzo:). Fajna wycieczka.


Wracam. Po drodze przyglądam się uprawom bliżej. Wydaje się, że oni autentycznie zbierają te małe listki ręcznie. To musi być naprawdę katorżnicza robota.
Docieram do miasta na dwie minuty zanim zacznie lać. Konkretnie lać. W sam czas. Obok znajduje się salon z automatami do gier. Ha. Zajrzę. Za dzieciaka tylko kilka razy miałem okazję się bawić na czymś takim. Wspominam bardzo dobrze. Może by spróbować? Patrzę na zabawkowy motocykl stojący przed automatem, służący jako kontroler do gry. Nie zmieszczę się. Kurde. 20 lat temu robili jakieś takie większe…
Przestaje padać. Oglądam okolice. Nic specjalnie ciekawego tu nie ma. Jechać dalej? Nie. Z tej mieściny prowadzi droga do dżungli. Droga, którą zamierzam udać się jutro. Nie ma co. Chciałem coś zjeść. Ale restauracje zamknęli jakoś strasznie wcześnie. Dziwne. Zupełnie inaczej niż wszędzie indziej. Nic nie znajduje. Lipa. To na kolację jakiś syf z 7-eleven.
Za to udaje się znaleźć miejscówkę na nocleg. Z tyłu za centrum handlowym. Ładna, czysta przestrzeń. Nikogo tu nie ma. Za to jest prąd. I zadaszenie. Dobrze, bo znowu zaczyna lać.

[modula id=”2824″]

Poprzedni artykułDzień 156 - W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien TopiśNastępny artykuł Dzień 158 - Wysokogórskie Walentynki

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta