Grek ruszył w trasę o 7.30. Nawet mnie nie obudził. A trochę się spodziewałem, że może będzie śpiewał jakąś operę o poranku. Godzinę później wychodzą Rosjanie. No, obyło się bez większych tarć;) Wstaję. Jeff proponuje mi poranny spacer. Obok znajduje się rzeka. To się przejdziemy. Słońce świeci. Cudnie jest. Miniemy nawet jakiegoś warana.
Wracamy na śniadanie. Ryż. Spoko. I trochę pogawędzimy. No, może nawet nie takie „trochę”. A kim są moi dobrodzieje? Jeff i Siti. Doświadczeni couchsurferzy. Swego czasu sami podróżowali podobnie jak ja. Blisko rok. Teraz osiedli w Malezji. Ojczyźnie Siti. Mieszkali w stolicy ale kilka tygodni temu przeprowadzili się do Ipoh. „Tu jest spokojniej” mówią. Gadamy głównie o podróżach. Polecają bardzo Indonezję i Filipiny. Mówią, że ich numer jeden. Indonezja już za chwilę. Filipiny? Chciałbym. Ale wciąż się waham. Pytam o Amerykę Łacińską. Jeff podróżował tam z bratem. Bezpiecznie? Okradli go z całego sprzętu… Dwa razy… No nieźle. To się trzeba będzie pilnować.
Poza tym trochę o żarciu. Siti przygotowuje mi listę potraw, które powinienem spróbować w Malezji.
Moi dobrodzieje planują otworzyć tutaj guesthouse/hostel. Ale nie taki zwykły. Tylko taki, w którym aktywnie braliby udział w wizycie gości. Jedli razem. Oprowadzali. Angażowali się. Doradzali. Śmieję się, że taki trochę full time Couchsurfing. Tyle że płatny. Brzmi świetnie. Wynajmują fajny dom, który wydaje się świetnie nadawać do takiego projektu. Dodatkowo obecność rzeki sprawia, że lokacja staje się jeszcze bardziej atrakcyjna. Polecam:) Trzymam kciuki i powodzenia.
Jeff i Siti to wspaniali ludzie. Bardzo mi pomogli i miałem z nimi bardzo dobry czas. Dzięki:)
Czas ruszać w drogę. Cel, Cameron Highlands. Dżungla w górach i pola herbaciane. Na zdjęciach wygląda fajnie. Ludzie polecali. Idziemy.
No, prawie. Idę z buta na dworzec. Stamtąd chce wziąć autobus. Ale zatrzymuje się po drodze w czymś co wygląda na hinduski bar szybkiej obsługi. Dobre jedzenie. Ryż, wołowina, jakiś soczek. 11zł. Trochę posiedzę. Napiszę opinie na CS. Grekowi i moim dobrodziejom. Poodpisuję na telefonie. Pozałatwiam jakieś rzeczy. I ruszamy znowu.
Po drodze kilka fot tutejszych murali. Lokalizuję autobus. Wsiadamy. Jedziemy. Wychodzimy. Jesteśmy u podnóża gór. Biorę shake’a i butuję ze trzy kilometry. Dobra miejscówka. Łapie stopa. Zatrzymuje się muzułmanin. Zabiera. Pyta dokąd jadę. Mówię, że przed siebie. Bo nie wiem dokładnie. Ziomek proponuję, że odstawi mnie w jakiejś wiosce. Stamtąd będę miał dobry punkt wypadowy. Świetnie. Jedziemy. Sceneria się zmienia. Są góry. Jest zielono. I jakoś tak tajemniczo. Ciekawie. Fajnie. Podoba mi się. Po drodze mijamy kilka ogrodów. Dojeżdżamy na miejsce. Wychodzę z auta i… Odnoszę wrażenie, że tu nic nie ma… Jakaś zabita dechami wiocha na końcu świata. Hmm… Już wieczór się zbliża. Raczej tu zostanę. Rozejrzę się trochę po okolicy. Jest jakiś kościół. Chyba zamknięty. Ale na jego terenie spotykam turystów. Starsza para. Robią zdjęcia. Babeczka wypytuje co to ja jestem. Proponuję, że może zabiorą mnie do jakiejś większej mieściny. Spasuję. Tu będzie łatwiej ogarnąć nocleg. Tak mi się wydaje. Trochę się kręcę i nagle trafiam na jakiś wielki hangar. A w środku… Impreza. Znowu. Ja nie mogę. O co chodzi. Gdzie nie pójdę tam zabawa. Pokazy taneczne jakichś nastolatek. Fajnie tańczą. Darmowe jedzenie. Ha. Przypomina mi się Grek z wczoraj. Nie mógł wyjść z podziwu, że można było dostać wczoraj darmowy obiad i napój. „To nigdy nie mogło by się wydarzyć w Europie”. Wspominałem już jaki to pozytywny koleś? Kiedy odbierał od jakiejś hinduski darmowy kubek z sokiem to po powrocie pierwsze co powiedział to „She was soooo nice to me. People here are soooo nice”. A kiedy nie mogliśmy się usłyszeć, bo było za głośno to polecał nam śpiewać. Tylko z przepony żeby nie zedrzeć gardła. Działało. Jak się śpiewało to było słychać. No cudak:)
40 Banditos na herbacianych polach
W ogóle to miałem do czynienia póki co z paroma Grekami. Mnóstwo ich pracowało na statkach w ochronie. I generalnie… Nie były to jakieś świetne doświadczenie. Iason (Grek z wczoraj) zdecydowanie podnosi moje mniemanie o tym dumnym narodzie:).
Wracając. Jest tu darmowe jedzenie ale już się chyba nie załapię. Podpytuje kogoś co tu się dzieje. To? To Chiński Nowy Rok? Co??? Znowu? Co jest? Co oni codziennie świętują od dwóch miesięcy? Jest wtorek…
Na darmową szamę się nie załapałem więc idę coś zjeść w restauracji. Jest wieprzowina! Chyba pierwsze miejsce w Malezji, w którym da się zjeść świnkę. Wspaniale! Biorę.
No tak. Bo cała ta wioska jest chińska. Inaczej. Dominują Chińczycy. Chińskie bary. Chińska świątynia. Właśnie. Świątynia. Może warto się jej przyjrzeć?
Nic specjalnego ale może znajdzie się miejsce do spania. Próbujemy.
Jest tu parę osób. Sam przybytek niewielki. Ale jest spora zadaszona przestrzeń. No to już jakiś punkt zaczepienia. Nieopodal pali się ognisko. Wokół stoi z 8 Chińczyków. Podchodzę niepewnie. Zapraszają do zabawy. A zabawą jest… Palenie banknotów. No, zabawkowych. Czy też fałszywych. I sterty jakichś innych papierów. O co chodzi? Nie mam pojęcia. Chińczycy to nałogowi hazardziści. Może to ma jakieś znaczenie…
Nikt z nich nie mówi po angielsku. To pokazuję na migi, że szukam miejsca do spania. Jeden z nich od razu entuzjastycznie wskazuje mi zadaszoną miejscówkę, o której mówiłem wcześniej. Bingo. Miejscówka doskonała. Będę dobrze schowany. Ewentualny deszcz nie będzie problemem. To ważne, bo tu w górach lubi się gwałtownie zmienić pogoda. A jak sprawdzałem prognozę to kolorowo nie było.
Zostawiam rzeczy i Chińczycy zapraszają mnie na jedzenie. Ulala. I to nie byle jakie. Chiński makaronik. I mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo mięsa! Hura! W końcu! Mięsa do woli! Kurczak, kaczka i świnka! Cudownie. Do tego piwko. Nie dobre. Ale dodaje klimatu. Panowie częstują, zachęcają żebym brał dokładki. Prawdziwa chińska gościnność w malutkiej wiosce ukrytej wysoko w górach:)
[modula id=”2689″]
