No i nocka bardzo przyzwoita. Nawet przejeżdżające tuż obok samochody nie przeszkadzały tak bardzo. A trzeba wstać głównie ze względu na to, że słonko zaczyna grzać i robi się powoli gorąco. Już 9. Ludzie co przychodzą skorzystać z bankomatu patrzą się na mnie jak na zjawę. Chyba się zorientowali, że nie pasuję za bardzo do scenerii. Miałem nadzieję, że może wezmą mnie za pastuszka.
Ostatni masaż miałem w Turcji przy okazji wizyty w hammamie. Takim prawdziwym, nie jakimś bieda spa. Tam masował i umył mnie gruby, stary Turek. Kurde, tamten to był wręcz zbyt zaangażowany w pracę. Jak zasyczałem z bólu to jeszcze dociskał. A bolało prawie ciągle.
Wstajemy. Idę w miasto. Po drodze mijam jakąś grupkę. Ziomek stoi i przez megafon coś krzyczy. Do nikogo. Bo nikogo tu nie ma. Ale dzielnie wygłasza swoje orędzie. Kij, że dosłownie nikt go nie słucha. Zdaje się, że jakaś polityczna kampania. Wyglądają jak NPC. Zaprogramowane by dzielnie pełnić swoją rolę nawet jak nikt nie patrzy.
Dziś już plan jest taki żeby przekroczyć granicę Malezji. W końcu. 60km. Ale jeździ tu pociąg bezpośrednio pod granicę. Kosztuje parę złotych. Chyba skorzystam. Na stacji jest też łazienka z prysznicem. Ha. Może i ktoś powie, że jestem menelem, bo śpię w środku miasta na ulicy. Ale raz, bardzo dobrze mi się tam spało, a dwa, może i menel, ale nikt mi nie powie, że nie zachowuję higieny. Koszt prysznica to dosłownie 1 zł więc trzeba korzystać jak tylko można.
Po porannej toalecie śniadanie. Tutaj różnie bywa z dostępnością o poranku. Ląduje w fast foodzie. Przy okazji podładuję baterie i może nawet coś popiszę. Jakieś jedzonko. Jakiś lodzik na deser. Po drodze drobne zakupy w supermarkecie. Wogóle ciekawostka. Boczek jest tu droższy niż polędwica wieprzowa. Ciekawe.
Jest jeszcze jedna rzecz, ktorą chciałem zrobić zanim opuszczę Tajlandię. Trzeba by w końcu wybrać się na ten osławiony tajski masaż. I Hat Yai wydaje się być ku temu idealnym miejsce. Salonów jest tu na pęczki. Wczoraj w nocy byłem w ciężkim szoku, że tak dużo. I zdecydowanie nie pod turystów, bo tych tu brak. A salony i tak były pełne. To lokalsi korzystają regularnie. W dodatku cena. Za godzinę masażu tajskiego płacimy… Uwaga, uwaga… 25zł. Tak. To co. Wszyscy przeprowadzamy się do Tajlandii?;)
Na Phuket było trochę drożej. Tak do 40zł. Także wciąż przystępnie. Tutaj nie jest to żaden luksus. Podobnie jak jedzenie na mieście. Także sami tajowie chętnie korzystają. Choć pewnie też nie brakuje malezyjczyków.
Choć przyznam szczerze, że mnie jakoś bardzo nie ciągnie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę tego ile się nasłuchałem, że w standardzie przy okazji masażu proponuje się „coś ekstra” co być może niespecjalnie mnie interesuje. Może przesadzam? Ale skoro już tu jestem i za taką cenę głupio by było nie sprawdzić co i jak. Na tajskim masażu nigdy nie byłem. Wogóle to byłem na jakimkolwiek ze dwa razy w życiu. Zobaczymy.
Przechadzam się ulicą. Ze wszystkich stron zapraszają mnie panie na chwilę relaksu. Tutaj są nawet panowie masażyści. Na Phuket takich nie wiedziałem. Zaglądam do jednego salonu. Akurat jest pusto. Od razu wybiega do mnie babeczka. Taka w średnim wieku, uśmiechnięta, opowiada co i jak. Dobrze pamiętam, że Malika (dziewczę co je poznałem jeszcze w Udon Thani, na początku Tajlandii) mówiła, że jak chce prawdziwego masażu to lepiej uderzyć do starszych babeczek. One przeważnie wiedzą co robią. Podczas gdy, niektóre młode dziewczęta tak naprawdę nawet nie potrafią masować. Nie ma się co rozglądać na siłę. Oferta wszędzie taka sama. Biorę.
Idziemy na górę. Tu już nikogo nie ma. Jedne, drugie, trzecie drzwi. Spora sala. Trzy łóżka. Nikogo nie ma. Babeczka każe mi się położyć i bierze się do roboty.
Opcji jest kilka. Klasyczny masaż tajski. Masaż z olejkiem. Ten ponoć się za bardzo nie różni poza tym, że smaruje się też jakimś tam specyfikiem. Rzekomo zmniejsza to bolesność. Są też opcje na masaż głowy, stóp. Całego ciała. Ogólnie wydaje mi się, że to wszystko się mocno ze sobą pokrywa. Ja pozostanę przy klasycznym tajskim.
Ten jest… No taki powiedziałbym niespieszny. Polega głównie na ugniataniu i rozciąganiu mięśni. Powoli, dokładnie. Centymetr po centymetrze. Jest to odrobinę bolesne. I niezbyt przyjemne jak dla mnie. Babeczka wydaje się być zaangażowana w pracę. Parę razy stęknąłem z bólu to od razu trochę odpuściła i poluzowała. Ostatni masaż miałem w Turcji przy okazji wizyty w hammamie. Takim prawdziwym, nie jakimś bieda spa. Tam masował i umył mnie gruby, stary Turek. Kurde, tamten to był wręcz zbyt zaangażowany w pracę. Jak zasyczałem z bólu to jeszcze dociskał. A bolało prawie ciągle. Tutaj jest tak spokojnie, niemal delikatnie. Przy najmniej jak sobie porównuje oba doświadczenia.
Na koniec babeczka pyta grzecznie czy życzę sobie również masaż ekstra, wskazując przy tym palcem na moje krocze. Od razu podaje cenę, 500 batów. Sam masaż to 200. Ja podziękuję. Nie jestem zainteresowany. Masażystka przez moment wydaje się być zaskoczona. Jakby nie wiedziała co zrobić a takiej sytuacji. Podnosi mnie i bierze się za mój kark. Dopytuje czy na pewno. Na pewno.
Ciekawe czy to rozliczają z właścicielem czy ekstra zysk jest dla nich. Kiedyś nawet słyszałem, że jak nie sprzedadzą niczego ekstra to po takim masażu są stratne…
Cóż. Na takim powierzchownym poziomie może się to wszystko wydawać zabawne. Może nawet urokliwe. Ale jak się chociaż przez chwilę nad tym zastanowić. To takie nie jest. Po prostu nie.
I cyk. Godzinka minęła. Szczerze myślałem, że z tą pełną godziną to lecą w kulki i samego masażu będzie pewnie z 30 minut. Nic z tych rzeczy. Pełne 60. Spoko. Ale nie powiedziałbym żebym to było jakoś super przyjemne. Efekt? Też bez szału. Nogi i ramiona to mam obolałe nawet bardziej niż wcześniej. Taki zabieg niby powinien pobudzić krążenie. Przynieść ulgę. Mi nie przyniósł. Poza jednym elementem. Górą pleców. Tu babeczka zrobiła cuda. Też nic w tym dziwnego. Ciągle noszę plecak. Niemal bez przerwy. W efekcie jestem tam niemal wiecznie spięty. I tu pomogło bardzo. Ekstra. Barki i plecy jak nowe.
Ogólnie regularna cena w Warszawie za taki zabieg jest pewnie z 10 razy większa. A efekt? Szczerze powiedziawszy spokojnie rozmasowałbym się równie dobrze przy pomocy zwykłego rolera. I potrzebowałbym na to z 15 minut. Jak się ma tyle czasu to dużo więcej korzyści zdrowotnych będzie z dobrze przeprowadzonego treningu. Także jak dla mnie, trochę to wszystko przereklamowane. Ale za taką cenę…
No to co? Malezja? Idę na peron. Podchodzę do okienka. I niespodzianka. Dziś już za późno. Nie ma więcej pociągów. Uups. To się nie spodziewałem. Jest trochę po 14. Ale nic. To co robić? Ech. No to poczekam do jutra. Trochę nie chce mi się stopować. Jutro z samego rana wezmę pociąg i tyle.
A do tego czasu co? Pójdę coś zjeść i popisać. Plan był dobry. Ale kolejna niespodzianka. Telefon padł. I tym razem chyba na dobre. Kuuurde. Nie reaguje na nic. Pffff…
Idę do lokalnego naprawiacza elektroniki. Mówi, że trzeba wymienić cały wyświetlacz. 1500 batów. I na jutro będzie gotowe. A dziś się nie uda? Nie. Po chwili rozmowy wychodzi, że w sumie to on jednak mi tego nie wymieni, bo zły model. Mam szukać gdzie indziej. Pffff. Już wieczór…
Wyciągam zapasowy telefon. Podłączam pod wifi. Lokalizuję inny serwis. Jest. W innym centrum handlowym. 20 minut drogi. Idę.
I oczywiście musiałem się naszukać, bo serwis był jednak luźno osadzony na google maps. Ale udaje się znaleźć. Po drodze scena jak z horroru. Na chodniku leży dziewczynka. Leży plackiem na plecach. Bez żadnego kontekstu. Na oko, nastolatka. Rozglądam się, w miarę bezpiecznie, to podchodzę. Ale dziewczę mnie wyczuło. Otworzyła oczy zanim złapałem ją za bark. I wyglądała jak nagle wybudzona z głębokiego snu. Jakby zobaczyła ducha.
„Wszystko ok?” Pytam. Głupie pytanie, myślę. Ale dziewczyna mówi, że ok i żebym się nie przejmował. Azja.
Docieram do serwisu. Ba. Całego kompleksu serwisów. Jest z czego wybierać. W okienkach panie, przy maszynach panowie. Dobry układ. Tego się trzymajmy – myślę. Bacznie obserwuje każdy miniony serwis. Moją uwagę zwraca ostatni. Na samym końcu. Tu serwisantem jest babeczka. Jak dziewczyna robi typowo męską robotę to chyba musi to lubić. Biorę. Babka najpierw mówi, że to gniazdo, jest pełne piasku i wody. Kto by pomyślał? Po tych wszystkich dniach na plaży. Mówi, że wymieni. 350 batów. 30 minut. Ekstra. Ale jak już naprawiła to się okazuje, że jednak do wymiany cały wyświetlacz. Pffff… Mam przyjść jutro o 13. Za późno. O 14 ostatni pociąg. Nagadałem babeczkę i powiedziała żebym przyszedł o 11. To już mnie urządza.
To co zrobić z takim wieczorem? Impreza trwa. Trafiam na jakiś koncert. Jak to zwykle bywa w Tajlandii. I jak to zwykle bywa muzyka do mnie nie trafia. W odróżnieniu do armii nastolatek pod sceną.
Obok pełno straganów. Trzeba skorzystać. Ostatnia okazja nacieszyć się nocnym targiem w Tajlandii. A co miałem jeszcze zrobić przed wyjazdem? Spróbować tych nieszczęsnych robaków. Jest okazja.
Biorę żarcie i zabieram pod scenę. Odbywa się degustacja. Robaki mnie nie brzydzą. Ale smakują słabo. Takie jakby spalone. Także jeśli chodzi o tę polityczną koncepcje, że będziemy jeść owady zamiast kurczaków, świnek i krówek… to ja nie jestem fanem.
Ale wygląda na to, że ostatni dzień w tym kraju spożytkowałem dobrze. Tajlandię zaczęliśmy imprezą i kończymy imprezą:)
UWAGA!
Zdjęcia jedzenia nie muszą się wszystkim podobać. Więc, może tylko poczytaj. Albo i nie.
[modula id=”2260″]
