Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-02-12 przez MikolajTD

Dzień 136 – Dobra, kim jest Kalaya

Dzień 136 – Dobra, kim jest Kalaya
2025-02-12 przez MikolajTD

Budzi mnie budzik za dziesięć trzecia. Sprawdzam telefon. Napisała, że przyjedzie. Wysyłam pineskę. Trochę jej to zajęło ale dotarła. I jest. Jest ten absolutnie przepiękny uśmiech. Moja piękna. Moja cudowna. Moja Kalaya. Jejciu. Jakbyśmy się rok nie widzieli. Jest tu ze mną. Jak dobrze. Jak cudownie. Jak wspaniale.
Po tej dziwnej akcji z blondynką z KFC, po tak wulgarnie ociekającym erotyzmem Bangla Street, zobaczenie znowu pięknego, czystego uśmiechu Kayali jest jak łyk zimnej wody w upalny dzień. To bardzo dobre uczucie:)

I to jest taki moment, w którym czuję się jak debil. Autentycznie jak ostatni debil. Ja. Doświadczony harcerz. Dziesiątki wędrówek. Tysiące kilometrów w nogach. I nagle odkrywam, że istnieje coś takiego jak puder na otarcia. Który tu kosztuje… 1,20zł…

Po spędzeniu dłuższego czasu w takim Patong Beach można odnieść wrażenie, że każda kobieta na tym świecie jest zainteresowana wyłącznie moim portfelem i jest gotowa zrobić wszystko żeby tylko go dostać. Tymczasem Kalaya jest taka czysta, tak szczerze uśmiechnięta. Chce tylko spędzić ze mną trochę czasu.
Oczywiście nie przyszła z gołymi rękami. Po drodze zaopatrzyła się w ryż i kurczaka. Diament, nie kobieta. Jemy. Przyniosła też ze sobą parę kocyków więc będzie się trochę łatwiej oporządzić do spania. Właśnie. Do spania:)
Budzimy się po 10. I kolejny leniwy poranek. Moja towarzyszka znów za długo nie pospała. Ale szczęśliwa. Ba. Proste. Wszak jest ze mną.
Dziś Kalaya ma w planach zabrać mnie na Surin Beach. Trochę bliżej jej miejsca. To jedziemy. Skuterem. Trochę zabawnie. Ona taka drobna, prowadzi. Ja taki wielki, jeszcze z plecakiem, siedzę z tyłu. Ale radzimy sobie oboje całkiem nieźle. Ona z moim ciężarem. Ja, z utrzymaniem się w siodle. W ogóle to jestem już w tym dużo lepszy. Wcześniej ledwo dawałem radę łapiąc pierwsze skuterostopy w Laosie. Teraz już luzik, jadę bez trzymanki. Po drodze zatrzymujemy się na kawusię. Typową, tajską, mrożoną kawę. Tajowie okrutnie słodzą wszystko co się pije.
Zahaczamy o toaletę. Wcześniej zwierzyłem się mojej towarzyszce, że po wczorajszym spacerku optarłem sobie uda. Ta daje mi jakiś puder dla dzieci. Ok. Może nie zaszkodzi.
I to jest taki moment, w którym czuję się jak debil. Autentycznie jak ostatni debil. Ja. Doświadczony harcerz. Dziesiątki wędrówek. Tysiące kilometrów w nogach. I nagle odkrywam, że istnieje coś takiego jak puder na otarcia. Sprzedawany głównie z myślą o dzieciach. I wystarczy go sobie wetrzeć tam gdzie trzeba żeby ulga przyszła niemal natychmiastowo. I ja się tak męczyłem, nie wiem nawet ile razy… A wystarczył prosty talk, który tu kosztuje… 1,20zł… To znaczy wiedziałem, że coś takiego istnieje ale do głowy mi nie przyszło, że jest tak skuteczne. Cóż… Może jednak Pan Bóg miał trochę racji jak stwarzał kobietę?
Bo podobnie było ze sprejem na komary. Ja raczej nie używałem powątpiewając w ich efektywność. Ale ten, w który zaopatrzyła mnie moja ulubiona tajka okazał się nad wyraz skuteczny.
Tajki. Tajki nie lubią chodzić. Tajowie też. Kalaya zaparkowała skuter 200 metrów od plaży. I już po 20 zaczęła narzekać, że bez sensu zrobiła, i że powinna stanać bliżej, i że to strasznie daleko. Tak samo było z Puk. I obie tak charakterystycznie narzekają. Skrzekliwe „łeeeee”.
A sama Kalaya? To bardzo ładna 30 letnia dziewczyna. Drobna, około 160cm, bardzo atrakcyjna, z pociągającą sylwetką i czarnymi włosami. Czy wspominałem już, że ma najpiękniejszy uśmiech na świecie?
A poza tym ma… Dziewięcioro rodzeństwa. Nieźle. Rodziny po 5 czy 6 dzieci nie robią na mnie żadnego wrażenia. Znam kilka z 7. Ale 10? No to coś nowego. Kalaya jest numer 8. Siostra numer 7 i brat numer 9 mieszkają niedaleko. Bo moja tajka jest z dalekiej wsi na wschodzie Tajlandii. Chyba najbiedniejszy region tego kraju. Przyjechała na Phuket do pracy. Jest tu już od dwóch lat. Pracuje jako barmanka. Praca ją nudzi ale nieźle zarabia. A zaoszczędzone pieniądze wysyła do domu do rodziny gdzie jest też jej 5 letnia córka. Bo Kalaya jest matką. Córka mieszka z wujostwem w rodzinnej wsi. Może uda się ją ściągnąć tutaj kiedyś jak będą warunki.
Dziewczyna mieszka z koleżanką. Wynajmują niewielkie mieszkanko. Koleżanka to w zasadzie bliska przyjaciółka. Bardzo się razem wspierają. Jest freelancerką. Kalaya nie wyobraża sobie tak pracować ale to „bardzo dobra osoba” mówi.
Moja tajka chciałaby trenować Muay Thai ale jej niestety nie stać. Za to nosi się z zamiarem powrotu na siłownię po miesięcznej przerwie. Nigdy nie była za granicą. Mam podejrzenia, że jest zakupoholiczką. Ciągle coś kupuje. Przy każdej okazji. Market czy stragan działa na nią jak płachta na byka. Wolne dni lubi spędzać z rodziną siostry numer 7. Chciałaby poznać „family man” i urodzić jeszcze dwójkę dzieciaków. To dobre marzenie nie? Jak to jest, że jest taka dobra osoba z takim dobrym, prostym, pożytecznym marzeniem, które kiedyś wydawałoby się standardem. A jednak tak ciężko je zrealizować. Co za świat? Bez sensu…
Chyba taką rzeczą, która najbardziej przyciąga mnie w kobietach jest „czystość”. I nie chodzi mi o higienę (choć w sumie?) ani o seks. Raczej o czystość intencji. Rozumianą jako antonim do „dwulicowości”. I Kalaya taka jest. Szczera, otwarta, czysta, prawdziwa.
Byczymy się na plaży. Tym razem szalejemy. Bierzemy leżaki i parasol. Tajka zamawia piwo. Dziś życie jest piękne.
Moja towarzyszka już jest po okresie i tym razem wzięła kostium kąpielowy. Odrobinę niedopasowany. W morzu co chwilę jej coś „wypada”. Ludzi trochę jest. To bohatersko zasłaniam i daje znać żeby sobie poprawiła. Kurna… Ale ze mnie pieprzony dżentelmen.
Ale nic nie trwa wiecznie. Kalaya musi wracać do roboty. Podwozi mnie po drodze na nocny market. Mmmm. Uwielbiam. Moja towarzyszka jedzie do roboty, a ja się biorę za jedzenie. Jak ja kocham te ich nocne targi…
Po obiedzie wbijam do maczka się podładować i zjeść lody. Niespodziewanie do lokalu moja ulubiona tajka. Ubrana w pracowniczy uniform wygląda bardzo… pociągająco (wybaczcie powściągliwy język – moja mama to czyta ?). Wyrwała się z roboty na chwilę. Ot tak, mnie odwiedzić:)
Nocą postanawiam się odwdzięczyć i wpadam do niej na koniec jej zmiany. Ot, zrobić niespodziankę. No ale wygląda na to, że już jest mocno wymęczona. Nie w głowie jej nocne romanse. Raczej pościelone łóżko. Podrzuca mnie na plażę. Trochę panikuje, że tu niebezpiecznie i jak ja sobie poradzę i na pewno coś mi się stanie xD. Kobiety…

[modula id=”2082″]

Poprzedni artykułDzień 135 - Bangla Street - Sodoma i GomoraNastępny artykuł Dzień 137 - rosyjski przyczółek

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta