Moi kolejni gospodarze to rodzina mieszkająca pod miastem Meksyk. Żeby się do nich dostać wyjeżdżam metrem na skraj miasta. I odkrywam, że zdecydowanie nie byłem przygotowany na to co tu się dzieje. Powiedzieć, że to chaos to jakby nic nie powiedzieć. To tylko jedna z wielu stacji krańcowych miasta. A sprawia wrażenie jakby była jedyna. Ludzi multum. Chaos totalny.
Nie wiem jakim cudem, ale dosyć sprawnie udaje mi się ustalić do którego autobusu wsiąść i gdzie kupić bilet. Wygląda na to, że mój hiszpański się powolutku rozwija. No i dobrze.
Na wieczór docieram do moich hostów. Zostaje poczęstowany bardzo dobrą kolacja. Oraz dostaje własny pokój ze sporym łóżkiem. Żyć nie umierać. Do spania.
Następny dzień to raczej dzień lenia. Czy raczej dzień rekonwalescencji po wczorajszym zatruciu. Bowiem poprzedniego dnia pozwoliłem sobie na kanapkę z ulicy. To był błąd. Widocznie dopadła mnie „Montezuma’s revenge”. Czuję się kiepsko. Większość dnia leżę w łóżku. Dobrze mi to robi. Na wieczór czuję się już nieźle. Moja gospodyni proponuje, że zabierze mnie do Pachuca. Miasteczko kilkadziesiąt kilometrów dalej w stanie Hidalgo. Czemu nie? Jedziemy.
Przyjemny spacer. Przypadkiem natrafiamy na jakiś chrześcijański koncert uwielbieniowy. Totalnie nie mój klimat. Ale miasteczko spoko. I jedzonko też.
Następnego dnia danie główne. Teotihuacan. Jeszcze zanim przyjechałem, umówiłem się z moimi hostami, że wspólnie się tam wybierzemy. Jedno z bardziej ikonicznych miejsc w Mexico City. Czy raczej pod. Znowu, kilkadziesiąt kilometrów. Szczęśliwie my pojedziemy samochodem.
Teotihuacan. Pierwsza metropolia Mezoameryki. Za czasów cywilizacji Majów. Mieszkało tu 120-250 tysięcy ludzi. Co ciekawe, nikt do końca nie wie jak miasto upadło. Z badań archeologicznych wydaje się jakby cała populacja po prostu wyparowała. Upadek imperium Majów to jedna z największych zagadek tutejszej archeologii.
A samo miejsce? Jest pełne turystów. I rozumiem dlaczego. Jest tu po prostu bardzo przyjemnie. Fajnie tak pobujać się między amerykańskimi piramidami. Wyobrazić sobie jak wyglądało to codzienne życie tutaj. Jak Ci ludzie mieszkali, jedli, spali, tańczyli, śpiewali, zabijali… I robili jeszcze to jedno…
Turystów dużo. Cena biletów niewygórowana. Wszędzie jakieś małe sklepikowe stanowiska z mnóstwem chińskiego badziewia. Zewsząd słychać „ryk jaguara” wydawany przez irytującą zabawkę. Ale fajną. Wspominałem, że motyw jaguara jest tu wszechobecny?
Tego typu miast jak Teotihuacan jest jeszcze sporo, zarówno w samym Meksyku jak i Ameryce środkowej. Jeszcze pewnie zdarzy się mi odwiedzić. No i ogólnie prekolumbijskich, bardziej tradycyjnych, pogańskich, magicznych motywów będzie chyba coraz więcej w najbliższym czasie. No i fajnie:)
























































