Odalis dała mi wskazówki w jaki sposób wyjechać z miasta. Autobusem do centrum. Stamtąd łapię busik do jakiejś nieodległej miejscowości. Dobrze. Jestem poza miastem. To tu już powinno pójść gładko prawda? Prawda? Praawdaaa?
A nieee. Bo dupa. Nic nie staje. Mija godzina, dwie, trzy… Gorąc z nieba nie oszczędza. Ale w końcu… Starszy jegomość z młodszym psiakiem. Wybitnie energicznym psiakiem. Ma ze 3 miesiące. Lata po całym aucie i wszystko gryzie. Czy raczej wszystkich. Zarówno mnie jak i mojego kierowcę. Aż się zmęczy. Wtedy idzie spać. A za oknem z każdym kilometrem robi się trochę bardziej zielono i trochę mniej gorąco.
Planowałem dziś już dojechac do Mazatlan. Ale nic z tego. Ląduję w Culiacan. Tym osławionym Culiacan. A czemu osławionym? A bo tak się składa, że jest to największe siedlisko karteli w regionie. No ale nic. Późno już. Po 19. Dziś już dalej nie pojadę. Znajduje jakieś miejsce gdzie da się usiąść. Po drodze nie da się nie zauważyć, że na ulicy faktycznie jest mnóstwo, ale to mnóstwo, zarówno policji jak i wojska. Uzbrojeni po zęby. Groźnie wyglądają. Od razu człowiek czuje się bezpieczniejszy:)
Trochę lipa, bo nie mam tu miejsca do spania. Od razu piszę do lokalnych Couchsurferów. Ale też szybko orientuje się, że ta społeczność tu nie jest ani duża, ani zbyt aktywna. Odzewu brak. I co dalej? Warunków do obozowania nie ma. Hosteli też. Ale przecież spotkałem już tyle dobrych ludzi na drodze i wszyscy mówili aby się odzywał w razie potrzeby. No to się odzywam. Do Armando. Do Fabioli. Do moich hostów, czekających na mnie w Mazatlan. Pytają gdzie jestem. W Culiacan. GDZIE???!!!! Wszyscy już drżą o moje życie. Chyba faktycznie to miasto nie ma najlepszej renomy.
Mija jedna godzina, druga… Moi byli hostowie wypytali wszystkich znajomych Couchsurferów, teraz pytają już ludzi z pracy. I nic. Armando bardzo żałuje ale zrobił już wszystko co mógł. Za to Fabiola walczy do końca. Poruszy niebo i ziemię żebym nie spał dziś pod gołym niebem. I… Udało się!
Pomimo swojego nerdowskiego usposobienia, Fabiola ma w kraju wiele, wiele kontaktów. Udało jej się skontaktować z Felipe, jej dawnym kolegą z pracy, który mieszka w Culiacan. Ten akurat ma wolną chatę, bo jego żona i dzieci wyjechały do dziadków. I jest bardzo szczęśliwy, że będzie mnie dziś gościć. Podjeżdża po mnie autem, zabiera do domu. Oferuje prysznic i pokój.
Fabiola, diament nie kobieta.
Następnego dnia rano, Felipe zaprasza mnie na bardzo lokalne śniadanie do jego ulubionej restauracji. Ta, poza tym, że faktycznie serwuje spoko żarcie, to ma bardzo specyficzny wystrój. Przesiąknięty chrześcijańską symboliką. Ale to chyba nic wyjątkowego w tych stronach.
Dalej jedziemy zobaczyć miasto. Może nic spektakularnego ale wciąż całkiem przyjemny spacerek. I za dnia już nie tak straszno.
Na koniec wycieczki Felipe odstawia mnie pod autostradowe bramki. Dzięki Felipe! Uratowałeś mi wczoraj tyłek!
Ten autostop w Meksyku to jest bardzo nierówny. Wczoraj na prawdę słabo. Ale dziś jestem we właściwym miejscu… 5 minut i jedziemy!
Dłuższa podwózka bez zbędnych przygód. A nie… Wróć! Z jedną konkretną przygodą. Mianowicie zatrzymała nas policja xD. Po cichu to się nawet tego spodziewałem. Mój kierowca pędził 140 jak wszyscy inni w granicach 110. No ale nic. Pogadał sobie z policjantem, pośmiali się i jedziemy dalej. Kwasu nie było. Nawet mnie nie legitymowali.
Zmieniam auto przy kolejnych bramkach. Tym razem ląduję w wielkim kamperze. Podrzucą mnie do Mazatlan. W końcu!
No prawie. Bo oni sami nie jadą do miasta więc wyrzucą mnie na zjeździe. Ani to bezpieczne ani przyjemne ale stąd ktoś w miarę szybko powinien mnie zabrać. Bo nie powinienem tu być xD.
I w istocie. Po chwili zgarnia mnie jakaś rodzinka. Akurat jadą do centrum. Wspaniale.
Stąd już tylko 15 minut piechotą i już pukam do moich dzisiejszych hostów. Otwiera mi Marlena. I od razu skacze na mnie Ragnar. Ragnar to pies. Marlena to kobieta.
Wieczorem idziemy odwiedzić jakichś jej kumpli. Zgarniamy lokalne piwo i robimy bifora w mieszkaniu. Potem zostałem zaproszony do… Ekhm… Gejowskiego klubu. Na jakiś drag queen show. Hmm…
Ja padam. A moja gospodyni dawno się nie widziała z tym swoim kolegą gejem i jego partnerem. Gadają jak nakręceni. Po hiszpańsku. Nawet nie próbuje nadążyć. To może ja spasuje ten nocny występ i spokojnie udam się na zasłużony wypoczynek.











































