Fabiola wywiozła mnie za miasto. Teraz wystarczy mi już wystawić kciuka i…
Staje auto. W środku Matka z synem. Kierunek się zgadza. Jadę z nimi!
Zaproponowali mi, że zabiorą mnie do San Carlos, tam pokażą co jest ciekawego do zobaczenia, a potem odstawią na trasę. W to mi graj!
Miejscowość ta jest popularna wśród mieszkańców Hermasillo. Znajduje się godzinę drogi stąd. To nadmorski kurort. Najczęstszymi gośćmi są tu, a jakże, amerykanie. Dla nich to tanie wakacje. Ładne miejsce. Turkusowa woda. Czerwone skały. Żeby nie było tak cholernie gorąco to mógłbym tu posiedzieć:)
Ale jadę dalej. Łapię kolejną okazję. Tym razem kierowca jest sam. Chyba w pracy. Po angielsku nie rozumie nic. Ale zdołaliśmy ustalić, że jedziemy w tym samym kierunku i zwrocie. Co nie jest przeważnie zbyt trudne jak się łapie stopa na pustyni.
Krajobraz się powoli zmienia. Robi się coraz bardziej zielono. Opuszczamy Sonora i wjeżdżamy do kolejnego stanu. Sinaloa.
Po drodze mijam szerokim łukiem Ciudad Obregón. Zła sława tego miejsca dotarła nawet do Los Angeles. Magda wspominała żebym się tu nie zatrzymywał. Podobnie jak prawie każda spotkana po drodze osoba w Meksyku. To rzekomo największe siedlisko karteli w regionie. Skoro tak mówią…
Wystawiam kciuk. Kolejne auto staje. Auto pełne… To chyba butle z gazem. Może lepiej jakby jednak nie stanął? No nic, zobaczymy. Może nie wybuchnie:)
Dojeżdżam do Los Mochis. Dosyć gładki i spokojny przejazd dziś. Ale i tak mnie wymęczyło. 500km i gorąc robi swoje.
Piszę do mojej dzisiejszej hostki. Ta podaje mi wskazówki jak dojechać do jej domu. To tylko jeden autobus. Ale cały pełny i jechał tak długo, krążąc po drodze i zahaczając o każdą uliczkę. Ale dotarłem.
Moja dzisiejsza dobrodziejka to Odalis. Na pierwszy rzut oka wygląda jakby była z 10 lat młodsza ode mnie. Ale nie. Mówi, że już skończyła studia. Politologię. Ale nie cierpi polityki xD. Mówi, że tu u nich w Meksyku jest strasznie brudna i wszyscy są skorumpowani. Tiaaaaa…
Najzabawniejszy element wieczora jest taki, że moja dobrodziejka jeszcze mniej mówi po angielsku niż ja po hiszpańsku. W efekcie rozmawiamy niemal wyłącznie za pośrednictwem translatora. Co jest dosyć urocze. Bo gada nam się przyjemnie i gadamy długo:).
Następnego dnia, żadne z nas nie podnosi się z łóżka zbyt szybko. Dostałem były pokój siostry mojej gospodyni. Śpię z wielgachnymi misiami, które służą mi za poduszkę. Nie chce mi się wstawać. W tym czasie Odalis oddaje się radosnemu mordowaniu cywili w GTA San Andreas co w zastawieniu z jej aparycją i ogólnym wrażeniem młodej, drobnej, uśmiechniętej dziewczyny tworzy iście komiczny efekt. Śniadanie jemy razem. Trochę pogadamy. Potem ja biorę się za pisanie. Walczę o bycie na bieżąco z blogiem. Udaje się. Ha!
Późnym popołudniem idziemy w miasto. Wcześniej nie było sensu. Za gorąco.
Ogólne wrażenie mam takie, że im bardziej na południe Meksyku tym jest przyjemniej. Zieleniej. I jakby bogacej. Los Mochis słynie ponoć z wysokich palm. Są.
Odalis zaprasza mnie na nachosy. Rany, ależ oni tam sera lądują. No ale spoko. Zjadłem swoją dużą porcję… I połowę porcji mojej towarzyszki. Dziewczyna 156cm, na oko ze 43 kg wagi. Ileż taka kruszyna może zjeść? To skorzystam. Dobre.
Za dużo atrakcji w okolicy nie ma. To idziemy do parku. Spokojnie. Zielono. Przyjemnie.
Później na rynek. Choć to czwartek to ludzi na zewnątrz sporo. Bawią się. Socjalizują. Jedzą uliczne jedzenie. Słuchają muzyki na żywo. Fajny ten Meksyk. Przyjemny.
Dni 318 – 319 – Po prostu


















































