Zgodnie z nową koncepcją na trasie jestem już o 7.30. Armando był tak miły, że wywiózł mnie za miasto. To bardzo pomocne. Chwilka czekania i nadjeżdża pierwsze auto. Wystawiam kciuka i… Jedziemy!
W planach jest dziś dotrzeć do Hermosillo. To jakieś 500km stąd. Powinno się udać bez problemu. Pierwsze auto podwozi mnie do miejscowości Caborca. 200km. Miałem okazję odespać. Moi dobrodzieje to meksykanie mieszkający w Arizonie. Przyjechali odwiedzić rodzinę.
Godzina butowania i już jestem na wylotówce. Przez dłuższy moment nic się nie zatrzymuje. Ale pierwsze prawo autostopu brzmi: „Prędzej czy później, nadjedzie właściwe auto… Czasem po prostu trzeba poczekać 3 dni xD”.
Druga zasada autostopu zaś brzmi: „Nie jesteś pewien? Nie wchodź!” Tiaaa.
Zatrzymuje się czarna limuzyna z czworgiem młodych chłopaczków w środku. Wydają się być autentycznie zaciekawieni moją osobą. Po angielsku nic, a nic nie rozumieją. Ale to im nie przeszkadza. Zwłaszcza kierowcy, który choć jest ewidentnie najmniejszy (i chyba najmłodszy) to wyraźnie dominuje grupę. Zwraca się do mnie pięknym hiszpańskim z namaszczeniem akcentując każde słowo. Nie rozumiem nic a nic. To go nie zniechęca. Ewidentnie to w tej grupie to on podejmuje decyzję. Rozpościera aurę Ojca Chrzestnego. Czyżbym w końcu natknął się na członków kartelu?
Jakoś żeśmy się dogadali w którą stronę jedziemy. Podwiozą mnie tylko kawałek ale jakaż to była przejażdżka!? Muza na full. Otwieramy piwo i jedziemy! Tzn. chłopaki otwierają. Ja odmawiałem im chyba z 20 razy. Tutaj kierowanie auta z piwem w ręku to standard. Lider grupy oświadcza, że skoro już tu jestem to koniecznie muszę zobaczyć Pitiquito. On mnie zawiezie. Oprowadzi. Ależ jest podjarany, że pokaże mi tę miejscowość. Pitiquito! – powtarza wciąż z dumą.
Pitiquito, niespełna 10 tysięcy mieszkańców. Fajnych miejscówek brak. Czas zwiedzania, jakieś 10 minut samochodem. Nic ciekawego. Na końcu zatrzymujemy się w Oxxo gdzie zostaję zaopatrzony w elektrolity. Wyjeżdżamy za miasteczko. Cykamy kilka fotek i… Tyle. No mafia.
Ależ oni byli podjarani tym spotkaniem. Stoję dłuższą chwilę. Od niechcenia rzucam kciuka (trochę za późno) do podejrzanie wyglądającego dostawczaka. Zatrzymuje się. Ojć…
Ładuję się na zamknięta pakę. Ojciec z dwójką synów. Jadą aż do Hermasillo! Ha!
Niefortunnie się złożyło tak, że nie mam za bardzo jak robić fot. A szkoda. Bo widoczki za oknem są ekstra.
Późnym popołudniem dojeżdżamy do miasta. Mój kierowca dopytuje czy ma się kto mną zająć. Rzuca na koniec tylko żebym „nie rozmawiał z obcymi” xD.
Instaluję się w fast foodzie i piszę do mojej umówionej hostki. Ta, podjedzie po mnie za 30 minut, ale wcześniej ostrzega żebym „nie rozmawiał z obcymi”. Co jest!? xD
Moja dobrodziejka to Fabiola. Dziewczyna mająca na swoim koncie ogrom niesamowitych doświadczeń. Praca w dużej korporacji. Własna firma. Pies. Ogrom podróży i zainteresowań. Zabiera mnie do siebie i oferuje własny pokój. No za dobrze mi ostatnimi czasy, za dobrze.
A potem czas na bardzo dobry obiad. Fabiola również świetnie gotuje. Wieczorem moja gospodyni zabiera mnie do miasta. W parku spotyka swoje koleżanki wraz, z którymi regularnie tańczy. To jakieś magiczne tańce. Fabiola mówi, że Hermasillo to skrajnie suche miejsce i tańcem, modlą się do boga o deszcz.
Ten może przyjść, bo jest dosyć pochmurnie. Moja dobrodziejka się śmieje, że mam farta bo trafiłem na świetną pogodę. Tzn. jest pochmurno, a w oddali nawet błyska. Chyba wkrótce lunie. Ale dzięki temu nie jest za gorąca (choć strasznie duszno) za to bardzo kolorowo.
Oglądamy park, fontannę i jedziemy na lokalne wzgórze że świetnym widokiem na miasto. Potem na wyśmienite lody. Hermasillo to nie jest ani odrobinę turystyczna miejscówka. Nie ma tu nic szczególnie ciekawego. Po prostu meksykańskie, milionowe miasto na środku pustyni. Niezbyt ładne. Uwielbiam.
Moja dobrodziejka to bardzo ciekawa osoba o bardzo szerokich zainteresowaniach.
Dziewczyna jest mocno uduchowiona, choć nie religijna. Obok symboli hinduskich czy buddyjskich na ścianach przeplata się wizerunek Matki Bożej (wiadomo) czy cytaty z listu do Koryntian. Aktualnie stoi przed poważnymi zmianami w życiu. Rzuca pracę. Sprzedaje biznes. I za dwa miesiące planuje wyruszyć w świat. Nie wie gdzie. Nie wie na jak długo. I choć trochę się martwi to jeszcze bardziej się tym jara. Skąd ja to znam?;)
Dzielę się swoimi doświadczeniami. Moja rozmówczyni zasypuje mnie pytaniami. Jest super zajarana moją podrożą. Fajnie czasem spotkać kogoś kto autentycznie podziela twoją zajawkę.
Fabiola siedzi mocno w jakichś muzycznych technikach relaksacyjnych, z których ja nie rozumiem nic a nic. Przeprowadza mi krótką sesje na dobranoc. Spałem po tym jak dziecko. A na dworze padało:)































