Daniel idzie do pracy więc trzeba wstać wcześnie. I pomimo, że jeszcze nie ma 8 rano to na zewnątrz jest ogień. Dobrze ponad 30 stopni. Cholercia. No niezłe warunki.
Skoro już tu jestem to postanawiam obejrzeć miasto. Ale szybko okazuje się, że nie ma tu za dużo do oglądania. W efekcie ląduje w fast foodzie. Napić się czegoś zimnego i złapać internet. Pomyśleć co dalej.
Jeny. Cały jestem zlany potem. Dawno ze mnie tak nie ciekło. W lokalu niewiele lepiej. Masakra.
Wypadałoby ruszyć dalej. Puerto Peñasco jest 3 godziny drogi stąd. Mam tam już dogadany nocleg. Ale jak patrzę na te pogodę… Najgorsze jeszcze przede mną. Będzie 40 stopni w cieniu. A cienia na pustyni nie będzie.
Rozum mówi: „Zostań jeden dzień. Ogarnij się. Przeczekaj. Jest jeszcze parę osób, które chciały Cię tu gościć. Jutro pojedziesz z samego rana żeby uniknąć upału.”
A serce na to: „Nie bądź pi… Nie trać czasu. Ruszaj w drogę!”
Ruszam!
I to był błąd.
Na początek trzeba wyjechać z miasta. To choć nijak nie jest turystyczne, to też nie znaczy że jest małe. Ponad milion mieszkańców w aglomeracji. A ja jestem w centrum. Mexicali to stolica Kalifornii Dolnej (California Baja).
Sprawdzam autobus. Coś się znajduje. Podjeżdża. Ale oznaczone jakoś nie za bardzo. To pokazuje kierowcy gdzie chce dojechać i pytam czy to to dobry autobus. Facet kiwa, że dobry i żebym siadał. Płacę 20 pesos (jakieś 4zł). Ale zaufanie mam ograniczone. I słusznie. Bo w połowie drogi autobus skręca w złym kierunku. Jeny… Dogadać się z tymi ludźmi…
Wychodzę. Do przejścia ekstra 2km. To nie ma co się za długo zastanawiać. W drogę.
Ale szybko okazuje się, że nie jest to jeszcze dobre miejsce do stopowania. Duża droga. Dużo zakrętów. Dużo samochodów. I jeżdżą dużo za szybko. Nic z tego nie będzie. Trzeba iść dalej. A żar z nieba nie zna litości.
Butuję. Pot spływa po karku, plecach, klatce, nogach… Całe szczęście, że wciąż mam że sobą kapelusz, który dała mi Cindy jeszcze w Australii.
Co jakiś czas zatrzymuje się w sklepach. Wziąć coś do picia i złapać oddech. Autobusy już tu nie jeżdżą. Droga wciąż taka sama. W pewnej chwili na ulicy pojawia się kilkadziesiąt radiowozów policji i pickupów żandarmerii. Uzbrojeni po uszy. Jadą na sygnale w tym samym kierunku, w którym ja próbuje się udać. Wygląda to na sporą obławę.
Sprawdzam po drodze kilka miejscówek, w których wydaje się, że może uda się coś złapać. Nic. Wciąż nic. Nikt nawet nie staje. Powoli zaczynam się domyślać jak ten dzień się skończy.
Zbliża się wieczór. Już po 6. Ech. Żeby dotrzeć dziś na miejsce musiałbym mieć niesamowitego farta. A jak utknę gdzieś po drodze na pustyni? Bez sensu. Dziś dużo błędów. Za późne wyjście na trasę. Zła droga. Przegrzało mnie jak 150. Łeb mi pęka, skóra boli. Ech. Nie ma co. Trzeba podjąć decyzję.
Przechodzę na drugą stronę ulicy i wystawiam kciuk. Po kilku dłuższych chwilach zatrzymuje się samochód. Nawet nie jestem zaskoczony. Wjechać do miasta zawsze jest prościej niż z niego wyjechać.
W środku wesoła rodzinka. Po angielsku nic a nic ale jakoś się dogadamy. Zajeżdżamy najpierw po elektrolity dla wszystkich, a potem do centrum. Tam łapię wifi i rozsyłam wieści do lokalnych Couchsurferów. Odpowiada Jimena. Mówi, że podjedzie po mnie jej mąż i przywiezie do domu. Anioły.
Łeb mi pęka. Przegrzałem się jak cholera. Moja gospodyni spieszy z elektrolitami i zimną wodą. Widać, że przygotowani.
W domu, poza moimi dobrodziejami, mieszka też babcia i dwóch synów. Wesoła gromadka. Nakarmią, ofiarują prysznic, klimatyzację i kanapę do spania. Pełen wypas. Uratowany!
Dziś cały dzień męczarni żeby ostatecznie nie ruszyć się ani odrobinę. No cóż. Bywają i takie dni. Ważne że nocleg spoko.
Dzień 310 – Uratowany!
Poprzedni artykułDzień 309 - Ja to proszę Pana mam bardzo dobre połączenie
Następny artykuł Dzień 311 - Popaprane, meksykańskie nazewnictwo jedzeniowe
Następny artykuł Dzień 311 - Popaprane, meksykańskie nazewnictwo jedzeniowe










