Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-07-03 przez MikolajTD

Dni 280 – 282 – Najdroższy kraj i 43 godzinna doba

Dni 280 – 282 – Najdroższy kraj i 43 godzinna doba
2025-07-03 przez MikolajTD

Odlot za półtorej godziny, a oni mi tu takie cyrki robią. Tłumacze, że tamci w Nowej Zelandii sprawdzili, i że customs z Ameryki mówią że jest ok. Nie. Nic ich to nie obchodzi. Bo jak mnie wrócą to Fiji zapłaci 200000 dolarów kary. Pfff…

Z ojczyzny hobbitów łapię stopa do Hamilton. Na luzie. Najpierw zgarnia mnie pracownik budowy, który na planie filmowym operuje koparką. Przebudowują dom weselny w Hobbitonie. Wesele Pod Pagórkiem. Marznie pewnie nie jednej, nerd-niewiasty.
Mój kierowca mówi, że mnie wziął, bo ma takie postanowienie ostatnio, że będzie robił nowe rzeczy. To wziął autostopowicza. Facet jest w trakcie rozwodu. Mówi, że żona go rzuciła, bo „nie żyje z nim jej najlepszym życiem”. Hmmm…
Drugi stop to grupa młodych chłopaczków. W aucie ciasno. Głośna muzyka. Fajny klimat. Chłopaki dowożą mnie do Hamilton. Tam do kościoła, potem ogarnąć jakieś jedzonko i spanie.
Następny dzień to nic specjalnego. Niespieszna, powolna droga do Auckland. Niby nie daleko. Ale trochę mi się zeszło. Najpierw autobus za miasto. Potem jeden stop, drugi. Jadę z ziomiksem z południowej Afryki. Facet mi tłumaczy, że piramidy w Egipcie to nadajniki obcej cywilizacji, która zaszczepiła nas tu na ziemi żebyśmy wydobywali złoto. A Jezus był kosmitą.
A samo Auckland. Po Christchurch i Wellington nie miałem za dużych oczekiwań. Ale w sumie jest tu chyba trochę fajniej.
Nocka w parku. I przychodzi czas na opuszczenie Nowej Zelandii. Było cudownie. Choć pogoda robiła sobie ze mnie ewidentnie żarty. Za każdym razem jak atakowałem jakiś szczyt lub inny ważny punkt jak Hobbiton to pogoda się psuła. A następnego dnia z powrotem cudowna. No naprawdę. Ale nic to. I tak było pięknie. Cudownie wręcz. I choć udało się zobaczyć ostatecznie naprawdę sporo to wyjeżdżam z konkretnym niedosytem. Jeśli będzie kiedyś okazja to zdecydowanie chętnie tu wrócę. Jest tu taki osławiony szlak pieszy prowadzący z koniuszka wyspy południowej na koniuszek wyspy północnej. 3000km. To by było coś.
Ładuje się do autobusu i jedziemy na lotnisko.
A tu się zaczynają problemy. Na odprawie nie chcą mi wydać biletów. Mówią, że jak lecę do Stanów to muszę mieć jakiś bilet powrotny. Czy jakikolwiek poza USA. Hmmm… Ale ja po USA to chciałem do Meksyku. A granicę planowałem przekroczyć na piechotę… To jaki mi tam bilet potrzebny.
Próbujemy dojść do porozumienia. Zbiera się ekipa pracowników, jakiś menadżer… Gdzieś tam dzwonią i w końcu… Puszczają. Mówią że jak mam ESTA to wszystko w porządku. No. Bo już mnie zaczynali denerwować.
Ale zanim postawimy nogę na kolejnym kontynencie to najpierw jeszcze tranzyt… Na Fiji. Nie było tego pierwotnie w planach. I będziemy tam może przez jakieś 4 godziny. Ale hej. Kolejny kraj na naszej drodze zaliczony prawda?
Lot trwa 4 godziny. Nie dłuży mi się. Coś tam popisałem. Podali nawet posiłek. I za chwilę lądowanie.
Powstaje pytanie. Czy nie kombinować i przejść tranzytem… Czy jednak wyjść poza bramki, a potem przejść znowu. Kurcze. Mam parę godzin. Jak nie wyjdę z lotniska to nie zaliczę sobie tego Fiji. Kij. Wychodzę. Nieświadomy jeszcze, że będzie to jeden z najdroższych błędów tego wyjazdu dotychczas.
Na Fiji już ciemno. Ale idę. Pierwsze co mi się rzuca w oczy to ludzie. Wydają się tacy wyluzowani. Uśmiechnięci. Krążę wokół lotniska. Znajduje jakieś boisko. Chłopaki grają w piłkę. W oddali widać góry. Słońce akurat zachodzi. Czuć znowu jakby klimat z południowo wschodniej Azji. Są stanowiska ze street foodem. I gorąco. Znowu jest gorąco.
Żałuję, że skoro już tu jestem to nie spędzę tu więcej czasu. Starczyło by parę dni. To nie za duża wyspa.
Ale nic. Trzeba jechać dalej. Ameryka czeka. 

I dupa. Nie chcą mi wydać biletów znowu. Mówią, że jak nie mam biletów powrotnych to nie ma opcji. No ludzie no. Zlitujcież się. Nie. Nie i koniec. Cholera. Odlot za półtorej godziny, a oni mi tu takie cyrki robią. Tłumacze, że tamci w Nowej Zelandii sprawdzili, i że customs z Ameryki mówią że jest ok. Nie. Nic ich to nie obchodzi. Bo jak mnie wrócą to Fiji zapłaci 200000 dolarów kary. Pfff…
I co robić? I co robić? No nie mogę nie wsiąść na ten samolot. Kija. Trzeba kupić jakiś widmo bilet i tyle. Możnaby jakiś wziąć taki co można go w pełni anulować ze zwrotem kosztów. Ale te są drogie. Zwłaszcza jak kupujemy na już. Ech… A jakie są najtańsze opcje? Kanada? Meksyk? A nie. Bo dupa. Bo się okazuje, że bilet ma być poza całą Amerykę Północną. No trzymajcie mnie…
Internet na lotnisku działa ledwo ledwo. Czas mi ucieka. Już tylko godzina do wylotu. Grrrrrr. 
Szukam nerwowo najtańsze loty jakie moge znaleźć? A Gwatemala? Honduras? Kolumbia? Dopytuje babeczkę w okienku. Ta na mnie patrzy i pyta, „nie możesz wziąć czegoś do Europy?”. Piorunuję ją wzrokiem. 
Paryż. Z Los Angeles. 12 lipca. 600zł. Biorę.
Ledwo, ledwo ale się udaje. Bookuje. Pokazuje rezerwacje. Dostaje bilet. Już mi nawet plecaka nie ważyli. Biegiem do bramek. Udaje się być i to 30 minut przed deadlinem. Zdążę skorzystać z toalety i się przebrać. Ech. No nic. Szkoda tych 6 stówek. Głupi, niepotrzebny wydatek. Ale jakbym stracił ten lot do LA… Dopiero by było. No nic. Najważniejsze, że chyba polecę. Am się zdenerwował.
Na plus, okazuje się, że w samolocie mam miejsce w pierwszym rzędzie. Nikt nie siedzi przede mną. Mogę wyciągnąć nogi. W dodatku siedzenie obok też jest puste. No. Zasłużyłem sobie. Lecimy Fiji Airways. Lot 10 godzin. Nad wyraz komfortowo. Dwa przyzwoite posiłki. Bardzo przyjemny lot.
Miłych niespodzianek ciąg dalszy. Wiecie, że przeważnie jak się wlatuje do USA to trzeba swoje odczekać… A ja tu dzisiaj 20 minut po wylądowaniu jestem na parkingu. Kolejki prawie brak. Samo sprawdzanie paszportu itp też błyskawiczne. I nie. Nie pytali o bilet powrotny. Ani o to czy na moich socialach nie udostępniłem czegoś any-Trumpowskiego (a wszyscy mi mówili, że to teraz sprawdzają xDDD). Czyli faktycznie kasa na bilet do Paryża w błoto. Przechodzenie przez granicę na lotniskach to zawsze mały stresik. W przypadku USA to nawet podwójny. A tu proszę. Raz dwa i po sprawie. Nawet mi bagażu nie prześwietlili. Nie pamiętam kiedy ostatnim razem nie sprawdzali mi plecaka na lotnisku.
Ech. To był naprawdę dłuuugi dzień. Wyleciałem z Auckland o godzinie 14 we wtorek. Po 4 godzinach lotu, 4 godzinach na Fiji i 10 godzinach kolejnego lotu ląduje o 13… W ten sam wtorek. W 18 godzin cofnąłem się o godzinę. Oficjalnie podróżuje w czasie. Ta doba w sumie potrwa 43 godziny…

Poprzedni artykułDla mojej MamyIlustracja wprowadzajaca dzien 279Następny artykuł Dni 282, 283, 287 - Czyli z wizytą u Państwa Yamamotoilustracja wprowadzajaca dzien 283

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta