Siostra Grażynka mówi, że tak generalnie to u nich w domu za wiele się nie dzieje. Ale ja akurat przyjechałem w okresie, w którym dzieje się absolutnie wszystko.
Równolegle z moim przyjazdem rozpoczęła się Generalna Konferencja zakonu sióstr Nazaretanek. A więc przedstawicielki zakonu z całego świata zjechały się do Sydney żeby radzić na ważne tematy. Dokładnie od 1 do 15 maja. Pierwszy raz w historii liderki wspólnot spotkaly się w Australii. Dla wielu z nich to była pierwsza wizyta na kontynencie i całkiem niezła zabawa. To taki czas refleksji, dialogu i pochylenia się nad nadchodzącymi wyzwaniami.
Siłą rzeczy siostry z Sydney (a więc i moje dobrodziejki) pełniły nie jako rolę gospodarza (gospodyń?) wydarzenia. W skrócie, działo się dużo.
A to nie jedyny event w jakim miałem okazję uczestniczyć. Miałem przyjemność zostać zaproszonym na srebrny jubileusz siostry Christine oraz siostry Jeremiah. Naszych kochanych sióstr filipinek ze wspólnoty Grażynki (z tego domu, w którym mieszkałem). Później byłem obecny w Dniu Osób Konsekrowanych diecezji Paramatta w kościele Matki Bożej Częstochowskiej w Marayong. Mszy przewodniczył biskup Vincent Long, a potem była kolacja w sali Jana Pawła II! Polskich akcentów tu nie brakuje. Nie bez powodu. Zgromadzenie zostało założone przez polkę. Aktualnie liczy sobie około tysiąca osób z czego mniej więcej 700 to polki. Wcześniej dominowały amerykanki. Dom opieki pierwotnie powstał z myślą o polakach. W Marayong na tych wszystkich eventach i konferencjach to czuć. Polski jest tutaj niemal tak samo słyszalny jak angielski. W sumie milo usłyszeć ojczysty język za granicą:)
Zarówno srebrny jubileusz jak i dzień osób konsekrowanych zakończył się wspaniałą ucztą. Ludzie kościóła w Australii najwyraźniej wiedzą jak dobrze zjeść. Na sali niemal sami (no właśnie) konsekrowani. Ale na pierwszy rzut oka tego nie widać, bo wiele osób nie nosi takiego formalnego habitu z jakim kojarzymy zakonników i zakonnice w Polsce. Również franciszkanie częstą chodzą w cywilu kiedy akurat sytuacja na to pozwala. Czuć trochę inny klimat niż u nas. I to jest fajne. Nie wiem czy tego typu imprezy się w Polsce odbywają ale jeśli nie to przydałyby się.
Uwagę zwraca obecność biskupa, którego jednak nikt po rękach, ni pierścieniach nie całuje. Biskup jest z ludźmi, rozmawia, uśmiecha się, żartuje. Nie czuć sztucznego dystansu. Sam do mnie podszedł, zagadał, dopytał skąd jestem i co tu robię. Życzył powodzenia w dalszej podróży. Spoko gość:)
Uczestniczyłem jeszcze w jubileuszu 150 lecia od powstania Sióstr Nazaretanek ale o nim wspólne jeszcze przy okazji wyjazdu z Australii;).
Ciekawostka. Tu w Australii siostry pochodzą z wielu kultur i ich strój zakonny jest bardzo zmodyfikowany. Noszą krzyż i obrączkę symbolizująca śluby i jednoczącą siostry, zachowujące tradycje zgromadzenia.
A skoro już o naszych siostrach mówimy:)
Oto „nasza” wspólnota:
- Sister Irene, lat 88, amerykanka.
Siostra Irene to osoba z klasą. Nie mówi zbyt dużo ale zawsze uważnie wszystkich słucha i obserwuje. Pomaga w archiwum. Pasjonatka kina akcji klasy B. Pościgi i wybuchy to jej klimaty. - Sister Lois Ann, lat 83, amerykanka. Pracuje w archiwum. Kobieta, której poczucie humoru nie opuszcza nigdy. Która uwielbia podpuszczać wszystkich wokół i uciekać się do „małych prowokacji”;). Która, od kiedy mnie poznała, całym sercem modli się abym się nawrócił i został księdzem 😅
- Sister Maureen, lat 75, amerykanka.
Jeśli jakimś cudem zdarzy się, że Grażynka czegoś nie wie, to na pewno wie to siostra Maureen. Asystentka Grażynki, pomaga również w archiwum. Mam wrażenie, że siostra Maureen czasem wie coś czego nie wie nikt inny, ale postanawia zostawić to dla siebie i się tym nie dzielić, czasem tworząc przy tym żart sytuacyjny, która rozumie tylko ona sama. I wydaje się, że bardzo ją to bawi:) - Sister Grace, rok młodsza od mojego ojca:), polka.
Jeśli ktoś jeszcze nie wie kim jest kochana Siostra Grażynka, zapraszam do nadrobienia jednego z ostatnich wpisów:) - Sister Jeremiah, lat 47, filipinka.
W Australii od trzech lat. Siostra Jeremiah sprawia wrażenie outsiderki co wynika z rytmu jej pracy. Zajmuje się chorymi i starszymi w domu w Marayong. W związku z czym często nie ma jej na wieczornej kolacji. Choć wydaje się być bardzo spokojna i nie mówi za dużo, to kiedy coś ją rozbawi to śmieje się najgłośniej i najszczerzej. W trakcie mojego pobytu postawiła sobie za punkt honoru abym nie chodził głodny i przy absolutnie każdej okazji przypomina mi: „eat something!”. „Już 12, zjedz coś”, „skończyłeś odkurzać? Dobrze. A teraz coś zjedz”. Kochana:) - Sister Christine, lat 45 (ale wciąż ciężko mi w to uwierzyć), filipinka.
O ile Grażynka to głowa domu, Loise oczy, Irene uszy, Jeremiah ręce, a Maureen rozsądek to Christine to bez wątpienia uśmiech! Siostra Christine ma zawsze dobry humor i chodzi wyłącznie uśmiechnięta. Zawsze entuzjastycznie nastawiona i roześmiana. Czy się układa czy nie Christine zawsze zachowuje pogodę ducha! Pracuje jako psycholog w liceum. Swoimi opowieściami o Filipinach sprawiła, że pożałowałem iż opuściłem Azję południowe wschodnią, nie zahaczając uprzednio o Filipiny;)
Wszystkie razem siostry przyjęły mnie do swojego domu i pozwoliły i poczuć się jak u siebie. Czy to jak siedziałem sobie spokojnie nic nie robiąc w fotelu, czy podczas wieczornych, doskonałych obiadów (każdy wieczorny posiłek tutaj to mała uczta) czy podczas sprzątania po nich, czy wspólnie wypitej herbaty, czy wspólnego pakowania upominków na jubileusz zakonu, czy zapraszając mnie do japońskiej restauracji w celu uczczenia imienin dwóch z nich. Siostry zawsze były gotowe mi pomóc, podwieźć do stacji (dzięki Christine), wskazać najlepszy bar w okolicy (dzięki Lois), przypomnieć o jedzeniu (dzięki Jeremiah), zaprosić do wspólnego oglądania telewizji i polecić film (dzięki Irene), wyjaśnić sytuację, której nie rozumiem (dzięki Moureen), czy ogarnąć kolejne miejsce do spania (dzięki Grażynko).
Mam wrażenie, że siostry chyba mnie nawet trochę polubiły:)
Ja polubiłem je bardzo. Mogę zostać Nazaretankiem!





































