Umowa była taka, że Gus przywiezie mnie do Adelaide i tu będę się zastanawiał co dalej. Ale obaj wiedzieliśmy jak się to w praktyce skończy. Facet mieszka w Melbourne. Jego żona i syn lecą tam samolotem. To oznacza, że on ma wolne miejsce w aucie. „Jesteś gotów na kolejne 1000km?” Pewnie, że tak!
Tak dokładnie to jakieś 750. Jestem zaproszony jako gość mojego gospodarza. Ale zanim…
Wstajemy jeszcze przed szóstą. I jedziemy na Anzac Day. Dzień upamiętniający żołnierzy poległych w walce o Australię. Głównie w I Wojnie Światowej. Jedno z ważniejszych patriotycznych wydarzeń kraju. Na całym kontynencie ludzie wstają bladym świtem i udają się w jedno, specjalnie przygotowane wcześniej, miejsce. To, na którym my jesteśmy teraz, jest niewielki. Może z 200-300 osób. Kilka przemów, kilku honorowych gości. Ładne to. Klimatem przypomina to co znamy z amerykańskich filmów.
Trasa do Melbourne jest wyjątkowo nieciekawa jak na Australię. Przejechaliśmy na raz. Po drodze nic ciekawego. No, może poza gigantycznym koalą stojącym sobie tak bez żadnego kontekstu. W Australii jest kilka tego typu wielkich zwierzątek. Bo tak.
Następny dzień to dzień kapusty. Nie za wiele się dzieje. Wszyscy trochę dochodzą do siebie. Ja jestem padnięty po całym odcinku od Jakarty. Gus też podróżował przez cały ostatni miesiąc. Podobnie jak jego rodzina. Każdy na swój sposób. Tak czy owak. Odpoczywamy. Żeby być choć trochę użytecznym zgłaszam się żebym posprzątać basen. A tak. Basen. I to nic. Na terenie mojego gospodarza znajduje się również… Kort tenisowy, bramki, kosze do koszykówki, a obok miejsce do grilla. Kawał chaty. Bardzo fajnej chaty. W środku, jak się można spodziewać, mamy mnóstwo wszystkiego. Starych i nowych płyt dvd, kilka telewizorów, mnóstwo obrazów, (niektóre namalowane specjalnie dla Gusa), sportowa „kapliczka”, duża kuchnia, piłkarzyki, stół do bilarda, a nawet… Automaty do gry! I te są absolutnie wspaniałe!
Dom robi wrażenie. I dobrze się w nim człowiek czuje. Po południu Gus edukuje mnie z zakresu religioznawstwa. Przybliża mi realia największej religii w Australii, sportu. Krykiet, którego fenomenu nie rozumiem ani odrobinę, a który jest absolutnie królewską dyscypliną na kontynencie. Footie, czyli australijska odmiana rugby, o której istnieniu nie miałem pojęcia. Przy czym klasyczne rugby też tu są popularne. Gus puszcza mi najwspanialsze zagrywki w historii wspominanych sportów. Ciężko mi docenić.
Ale w tym domu w telewizorze najczęściej leci motorsport. Trochę samochodów, ale głównie motocykle. Po miesiącu nieobecności mój gospodarz ma sporo do nadrabiania. I tu przyznam, że jest to dosyć relaksujące, patrzeć jak inni się spinają na torze wyścigowym.
Sport ma przeogromne znaczenie w kulturze australijskiej. I nie ma w tym stwierdzeniu cienia przesady.
Następnego dnia jedziemy do centrum. Mój kierowca obwozi mnie po Melbourne dzieląc się swoimi ulubionymi miejscówkami. On totalnie kocha to miasto.
Zabiera mnie do najważniejszych kościołów, memoriali (tych swoją drogą jest w Australii mnóstwo i wydają się mieć bardzo ważny status). Pokazuje mi tutejsze trasy wyścigowe i… Puby. Nie zapominajmy o pubach. Jeden z nich odwiedzamy wracając do domy. Było super.
Melbourne mnie jakoś specjalnie nie zachwyciło, ale jest spoko. Nijak nie przypomina niczego co wcześniej widziałem w Australii. Tutaj klimat jakby dużo bardziej zalatuje Wielką Brytanią.
Wieczorem ucinamy sobie pogawędkę nad ogniskiem. Jak to czasem robi stary człowiek z młodym. Gadamy tak ogólnie o życiu. Ale są to zdecydowanie zbyt osobiste rzeczy żeby o nich tutaj wspominać.
Kolejny dzień to kolejny dzień kapusty. Początkowo myślałem, że już będę jechał dalej ale Gus wyczuł, że wciąż trochę zgonuję. Zaproponował żebym został jeszcze jeden dzień. Dzięki:). Zostanę. I cały dzień będę nic nie robił. Poza wieczorem. Wieczorem odpalam automat do gry i giercuję jak nigdy wcześniej w życiu!





































































