Nie spieszymy się. Wczesnym rankiem przez ulicę lubią przeskakiwać kangury. To trochę stresuje kierowców. Ale też za późno wyjechać nie możemy. Lil musi dziś wrócić do miasta na 11.00 do fryzjera. Będzie ze 100km. Ale zanim, to jeszcze pokaże mi jakiś wielgachny krater.
Jezda bocznymi drogami tutaj to czysta frajda. Lil wciąż namawia mnie żebym się zabawił i usiadł za kierownicą. Nie ma mowy. Jak coś rozwalę to się nie wypłacę. Prawa jazdy na Australię nie mam. W dodatku Ci wariaci jeżdżą po złej stronie ulicy, i po złej stronie mają kierownicę…
No dobra, tak naprawdę to długa mnie namawiać nie musiała;).
Trzymanie kółka po prawej stronie auta, jadąc lewym pasem, to dziwne uczucie. Ale kogo to obchodzi jak kierujesz wielką maszynę 4×4 w samym sercu Australii!
Czas się pożegnać. Lil nie może zabrać mnie dalej. Jutro wylatuje na jakąś zapyziałą wyspę zamieszkaną przez może 200 osób. Będzie tam jedyną pielęgniarką. Uzupełniam wodę, biorę co nam zostało z prowiantu i tyle. Lil jedzie z powrotem do miasta. Ja do kanionu mam jeszcze 200km. Moja towarzyszka mówi żebym dał jej znać jak dojadę i złapie zasięg. Tzn. jeśli przeżyję.
Bo jestem pośrodku pustyni. Sam. Jeszcze gorąco nie jest. Ale będzie. Wody starczy mi w najlepszym wypadku na dwa dni. Prowiantu może na trzy. Nie wspominam nawet o tym, że każde zwierzę na tym kontynencie, które akurat nie jest koalą, aktywnie próbuje Cię zabić. Łącznie z kangurami. Choć te akurat bardziej z głupoty niż złych intencji.
A wokół nikogo. To nawet nie jest główna droga. Auta tu prawie nie jeżdżą. Jeśli umrę to…
Po zdecydowanie za długim czasie zatrzymuje się auto. Ale ziomek jedzie tylko parę kilometrów. Potem skręca gdzieś w środek pustyni. Mech. Lepsze to niż nic. Ale potem kolejny pojazd zatrzymuje się już trochę szybciej. W środku chłopak i dziewczyna. No oko trochę starsi ode mnie. Fizjoterapeuci. Jadą gdzieś do schowanej nieopodal aborygeńskiej wioski. Będą sprawdzać czy nie potrzeba jej mieszkańcom aby jakiej pomocy. Nastawią ich, pomasują, poskręcają i będą robić różne inne fizjoterapeutyczne rzeczy. Podrzucają mnie kawałek.
I znowu czekanie. I znowu nic. Powoli zaczynam mieć wątpliwości. W prawdzie zatrzymał się jeszcze jeden pickup pełen Aborygenów. Ale na oko było w nim (i na nim) ze 20 osób. To już sobie podarowałem.
I cyk. Zatrzymuje się kolejna terenówka. A w środku? Moi wczorajsi sąsiedzi. Ci co też nie mieli patelni. Jadą odwiedzić kanion. Kurka, to przecież było takie oczywiste żeby ich rano spytać xD.
Uratowany! Złoty strzał. Nic tylko się cieszyć. Moi dobrodzieje są ze wschodniej Australii. Przylecieli tu, wynajęli auto, i kempingują w centrum kontynentu, zaliczając po drodze wszystkie ciekawe miejscówki. Typowe wakacje Australijczyków.
Dojeżdżamy do Kings Canyon. Tj. do resortu obok. I od razu widać, że jest to miejsce okrutnie turystyczne. Fu. Słyszałem, że ceny tutaj to inna półka to prowiant mam ze sobą. Wodę można uzupełnić w kranach. Taką legintą, pitną. Nie zostaje tu zbyt długo. Ogarniam się, wychodzę na trasę i idę w kierunku kanionu. Do przejścia jeszcze 8km ale udaje się złapać podwózkę. Młoda parka z Francji. Choć nie jechali dokładnie tutaj to nadrobili ze 3km żeby mnie podrzucić do wejścia. Dziękuję.
Przy wejściu do kanionu wszędzie mnóstwo ostrzeżeń ile to trzeba mieć wody i jak to trzeba być ostrożnym. Bla, bla, bla. Wskazówki dla amatorów. Pffff…
Najbardziej rozbawiło mnie, że jest tu kod QR do zeskanowania żeby opłacić bilet. Gdybym tylko miał tu zasięg to bym kupił. Słowo daję! Naprawdę!
Na miejscu nikogo nie ma. Ani pracowników. Ani turystów. Jest już trochę późno na rozpoczęcie wędrówki. Dochodzi 15. Większość osób przyjeżdża o poranku. Ale najdłuższa trasa pokazuje 6km. Co to dla mnie!
Kanion, że jest cudowny, to widać na fotkach. A ja się cieszę, że dziś już nie spotkałem absolutnie nikogo i to było super.
Nie spieszę się. Korzystam z chwili. Oddycham głęboko. Rozglądam się szeroko. Chłonę Australię całym sobą.
Widać, że dbają tu o bezpieczeństwo. Na trasie w kluczowych miejscach rozrzucone są skrzynie z ekwipunkiem, potrzebnym w razie sytuacji kryzysowej. Można się poczuć jak w jakiejś grze typu battle-royale. Ale kamer nie widziałem. Nie wolno tu oczywiście zostawać na noc. Oczywiście:).
Dochodzę do jakiejś pobocznej skarpy. Mam stąd doskonały widok na cały kanion. Jest mi tu dobrze. Wręcz doskonale. Wspaniale. Cudownie. Fantastycznie. Nigdzie się już stąd dzisiaj nie ruszam. Zamierzam oglądać zachód słońca, potem gwiazdy. Zachody słońca w Australii to taka rzecz na punkcie której jej mieszkańcy mają totalnego bzika. Nie bez powodu. A gwiazdy… Jesteśmy w samym środku absolutnie pustego kontynentu. Na niebie ani jednej chmurki. Możecie sobie tylko wyobrazić. Bo mój telefon jest daleko niewystarczający żeby to sfotografować. Australia jest wspaniała.












































































































































