Dziś już planuję ruszyć w trasę. Z Alice Springs jest stosunkowo „nie daleko” do sztandarowych atrakcji Australii. Raptem coś koło 400km. Jak na tutejsze warunki…
Cóż, tu w standardzie do znajomych jeździ się przynajmniej 50km.
Wychodzę z miasta. Wystawiam kciuka. I nic. I stoję tak dłuższą chwilę. I nic. Hmm…
Przychodzi powiadomienie na telefon. Sprawdzam. Tak to już często bywa, że ludzie z CS czasem odzywają się i z kilkudniowym opóźnieniem. Co czasem nawet spoko wychodzi. Pisze dziewczyna. Mówi, że może chciałbym zobaczyć jakieś fajne miejsca w okolicy. Mogłaby mnie tam zabrać. Od słowa do słowa ustawmy szczegóły. Mój następny cel to Kings Canyon. Ponad 300km drogi. Tak daleko mnie moja nowa znajoma nie zabierze. Ale kawałek pojedziemy.
Stanęło na tym, że moja przewodniczka podjedzie po mnie autem, zrobimy jakieś zakupy w markecie i ruszymy w trasę. Jak zaplanowaliśmy tak zrobiliśmy.
Moja kierowczyni to Lil. Córka Brytyjki i Zambijczyka(?), tzn. mieszkańca Zambii. Dziewczyna po 30. Mieszka w Australii od kilku lat. Jest pielęgniarką. Kocha podróżować. Co jakiś czas zmienia miejsce zamieszkania i zatrudnienia. Jeździ sporym pickupem, idealnie nadającym się do tutejszych warunków.
Jedziemy. Lil opowiada mi trochę o sobie i o swoim doświadczeniu Australii, którą kocha całym sercem. Zabiera mnie w różne ukryte miejscówki, znane tylko okolicznym lokalsom. Ja planowałem stopować bezpośrednio do kanionu ale okazuje się, że na trasie jest dużo, dużo więcej do zobaczenia.
Po drodze mijamy stojące auto i kilku Aborygenów. Wyglądają na zmartwionych. Stajemy. Owym nieszczęśnikom zabrakło paliwa. Nie pomożemy. My jedziemy dieslem. Ale wody zostawimy. To dosyć niebezpieczna sytuacja, wystrzelić się z paliwa na tym pustkowiu. Ale Lil mówi, że Aborygenom zdarza się to nie rzadko.
Docieramy do jakiegoś punktu kontrolnego. Jest tu fajne wzgórze z fajnym widoczkiem. Są śmietniki, ławeczki i wyznaczone miejsca na namiot. Kultura kempingowa wydaje się być a Australii bogata jak mało gdzie. Co rusz można znaleźć tego typu miejscówki. I choć wydawałoby się, że jesteśmy absolutnie pośrodku niczego, to co rusz mijamy jakiś spragnionych życia na dziko, Australijczyków. To bardzo popularna forma spędzania czasu tutaj. No i fajnie.
Odwiedzamy jeszcze parę miejscówek. Widoczki ekstra. I w ogóle tak fajnie jakoś tutaj.
Jest tylko jedno „ale”. Muchy. Powiem to z pełną odpowiedzialnością, tak natrętnych, brzęczących, małych bestii nie spotkałem jeszcze nigdy. Jest ich mnóstwo. Są wszędzie. Obsiadują każdego kto tylko odważy się wyjść z auta. Nie gryzą. To zwykle muchy. Ale są za to cholernie irytujące.
Dojeżdżamy na miejsce dzisiejszego obozu. Trzeba trochę zjechać z trasy. Powalczyć z terenem. Ale auto Lil radzi sobie z tym perfekcyjnie. Jest z tego nawet trochę zabawy.
Rozbijamy obóz i rozpalamy ogień. W planach mamy usmażyć burgery. Jest tylko jeden problem. Lil pakowała się w pośpiechu i zapomniała zabrać… Patelnię. Niedaleko rozbili się jacyś inni poszukiwacze przygód. Ale oni patelni też nie mieli… Hmm… Co ja burgera bez patelni nie dam rady usmażyć?
Pewnie, że dam. Burgery usmażyliśmy na kamieniu. I smakowały rewelacyjnie.
Noc zapadła. Ogień wciąż się pali. Zasięgu w telefonach nie ma. Gadamy o życiu. Jest miło, przyjemnie, niemal romantycznie.



















































