Po godzinie stania przy drodze zatrzymuje się terenówka, a w niej… Moi Szwajcarzy! No tak. Jak się nad tym zastanowić to nie jest to ani odrobinę zaskakujące. Tu jest dosłownie jedna droga. Jedziemy na południe. To, że się znowu na siebie natknęliśmy nie jest żadnym zaskoczeniem.
Dziś już jedziemy konkretny kawałek. Ze 400km. Pierwszy raz chyba pokonuje na raz taką odległość w Australii. Co może być trochę zaskakujące. Spodziewałbym się, że jak już zatrzyma się auto to będzie jechało daleko, daleko. Ale niekoniecznie. Ostatecznie poruszam się dość powoli. A do przejechania mam wciąż tysiące kilometrów!
No w każdym razie dziś jedziemy konkretnie. A ja prawie cały ten czas w aucie przesypiam. Noc na stoliku do najbardziej komfortowych nie należała. Nie było już też tak gorąco jak pierwszej nocki w Australii.
Wczesnym popołudniem dojeżdżamy do jakiejś, relatywnie dużej, miejscowości. Moi nowi ulubieni Szwajcarzy dziś już dalej nie jadą. Nie przemęczają się – myślę. Albo mają czas. W sumie fajnie. Ja zrobię szybkie zakupki, wyjdę za miasteczko i spróbuję coś złapać i… I nic.
Stałem 4 godziny. Nic się nawet nie zatrzymało. Hmmm… Widzę to średnio. Paradoks autostopowania tutaj polega na tym, że z jednej strony jest to bardzo wygodne, zawsze jest gdzie stanąć, tylko jedna droga. Z drugiej, aut jest mało i zatrzymują się niechętnie. Hmm… Przez ostatnie 4 dni pokonałem jakieś 900km. Z czego 400 dzisiaj. Bez szału. No ciekawe co to będzie.
Tak czy owak, dziś już nic nie będzie. Wracam do miasteczka i trochę się obijam. Znajduje schowane na uboczu bardzo komfortowe ławeczki. Jak zastawimy jedną obok drugiej to wyjdzie z tego całkiem przyzwoite łóżko. Żeby tylko te psy na ulicy się tak nie czepiały. A gaz zabrali mi na lotnisku…
Następnego dnia auto łapię szybciutko. Szczerze to spodziewałem się, że znowu przyjdzie mi czekać na moich Szwajcarów ale nie tym razem. Zgarnia mnie 3 dorosłych facetów. Jadą do Alice Springs. Samo serce Australii. 500km. Jedziemy!
Na początku drzemam. Ale jakoś w połowie drogi chłopaki zaczynają mnie wypytywać o szczegóły mojej wyprawy, pochodzenie, poglądy polityczne… Sens życia? Hmm… Inicjatywę przejmuje najstarszy i największy jegomość. To jego auto, choć nie on prowadzi. Zdecydowanie to on tutaj jest typem dominującym.
Zaczyna mi zadawać podchwytliwe pytania. A przynajmniej takie, za którymi wydaje się coś chować. Pyta czy głosuję. Mówię, że tak, akurat niedługo mamy wybory. To on pyta po co. Na co? Czy to coś zmieni? Kim są Ci ludzie? Czy im ufam? Że głosowanie na nich to jak głosowanie na małpy. A nie wsiadł bym przecież do auta kierowanego przez małpę. Hmm… Nawet jeśli. Ta małpa tak czy owak będzie to auto kierować. A zawsze można spróbować wybrać tą mniej głupią. Kurde. Żaden ze mnie fan jakiekolwiek sceny politycznej ale nie lubię takich ogólników i generalizacji. Że wszyscy głupi. Że źli. Że system taki i śmaki. Za tamci tacy, a tamci sracy. Cóż, mamy co mamy, krytykować to nie sztuka. Warto dostrzegać pozytywy.
Dobra, dosyć mam tego. Zagrajmy w otwarte karty. Do czego facet dąży. Pytam jaka jest więc alternatywa. A ten mi zaczyna coś mówić o grupie ludzi, którzy żyją według praw ustanowionych przez kogoś kto nie jest małpą, więcej, kogoś kto jest bardzo mądry. Nazywają go królem. Pytam kto to taki? Jezus Chrystus! Aaaaaaa. xD. Wszystko jasne 😅
Pytam jak się nazywa ta ich grupa. Świadkowie Jehowy. No proszę. Facet pyta czy o nich słyszałem. Tak. Słyszałem. Nic dobrego.
Mój rozmówca zaczyna cytować jakieś poszczególne wersy z Biblii. Buduje narrację. W końcu zaprasza mnie do wspólnoty. Jadą akurat na jakieś swoje wielkie wydarzenie. Ok. Trochę z nim pogadam. Zadaje pytania. Kontruje. Ziomek zaczyna się gubić i sprawia wrażenie zmieszanego. No więc tak się składa, że ja te wszystkie wersy znam. I znam też ich jeszcze trochę więcej. Nie dam się tak łatwo złapać.
Mój rozmówca komplementuje moją wiedzę, mówi że zadaję dobre pytania po czym… Zmienia temat xD. No tak to jest. Ostatecznie podchodzi do swojej wersji ewangelii bardzo wybiórczo. Sprawia wrażenie oczytanego ale jak przychodzi co do czego to unika odpowiedzi i się gubi. W jakim języku mówił Jezus z Nazaretu? „Skoro był żydem to oczywiste że mówił po hebrajsku prawda?”. „Tak, bo tu w Australii przecież wszyscy gadają po Australijsku” xD.
No cóż. Nie przekonał mnie. Na końcu jeszcze tylko skwitował, że jego wiara karze mu mnie uprzedzić, że jeśli do nich nie dołączę to zginę w ogniu piekielnym, który już się zbliża. No teraz to zachęciłeś xDDD.
Ale dowieźli mnie na miejsce. Podziękowaliśmy sobie. Rozstajemy się w pokoju. Jest. Alice Springs. Lokalizuje fast fooda i zamawiam jedzonko. Ładuję telefon. Układam dalsze plany. W międzyczasie do lokalu wchodzą moi nowi ulubieni Świadkowie Jehowy. Młodszy z nich krzyczy „ale ten świat mały”. Starszy… Nawet na mnie nie spojrzał xD. Weszli i wyszli.
A ja zostaję na dziś w Alice Springs. Pooglądam. Porozglądam się. Podoba mi się.






























