Nocka na ławeczce. Ale nie była zła. Po dłuższym czekaniu łapię pierwsze auto. Facet w środku, podobnie jak mój wczorajszy dobrodziej, zabrał mnie, bo sam kiedyś stopował. To chyba było popularne w Australii. Po moim kierowcy bardzo łatwo się zorientować, po której stronie sporu politycznego się opowiada. Gada coś o białych przywilejach i globalnym ociepleniu. Wspomina, że jego córka studiuje „gender studies”. Jakoś tego typu kierunki studiów zawsze wzbudzały w mojej głowie jedno wielkie „xD”. Facet mówi, że córka mu powiedziała, że kobiety żyjące za „żelazną kurtyną” deklarowały większy poziom szczęśliwości i miały więcej praw niż teraz. I ma to być jakiś dowód na powszechny seksizm we współczesnym społeczeństwie i ogólnie nam panujący patriarchat. Cóż… Mam wrażenie, że moja babka i matka mówiły jednak coś innego.
Mam okazję odespać kilka ostatnich, niezbyt regularnych nocek. A moja gospodyni zrobiła jeszcze absolutnie przecudowny obiad. Steki cielęce. O matko. Steki. Ależ się wzruszyłem.
Dojeżdżamy do większego miasteczka. Tzn. większego jak na tę część Australii. Czyli pewnie jakieś kilka tysięcy ludzi. Idę do sklepu. Przyglądam się ludziom. Wspominałem już o tym, że Aborygeni są głośni? No właśnie. Aborygeni. „Jedyni, prawdziwi, rdzenni mieszkańcy Australii”. To że występują tu jako mniejszość narodowa to byłem świadomy. Ale że jest tu ich aż tyle, a przede wszystkim, że są tak widoczni na ulicy, to nie. Nie robiłem żadnego researchu w tym temacie, ale nie spodziewałem się, że z miejsca będę potrafił powiedzieć, nie mając wcześniej żadnego doświadczenia, który to aborygen, a który nie. A to po prostu widać. Mają czarny kolor skóry, to proste. Ale mają też bardzo specyficzne rysy twarzy. Widać, że pozostawali w jakiejś relatywnie zamkniętej społeczności przez długi czas i nie są za bardzo różnorodni genetycznie. Są za to hałaśliwi. Można by odnieść wrażenie, że to tacy lokalni bezdomni i nie jest to wrażenie nieuzasadnione. Z tym, że jest ich tu mnóstwo. Wydaje się jakby całe miasto było właśnie aborygeńskie. Wyobrażam sobie, że nie każdy czuł by się pewnie w takich warunkach, ale mnie nikt nie zaczepiał. Luz.
Robię małe zakupki i idę dalej. Wystawiam kciuka. Po kolejnej dłuższej chwili staje auto. Stare. W nie najlepszym stanie technicznym. Otwierają się tylne drzwi, a w nich uśmiechnięty, czarny jegomość. Pokazuje ręką żebym wskakiwał. To wskakuje. W środku właśnie rdzenni mieszkańcy Australii. Są bardzo ciekawi mojej podróży. Opowiadam im co i jak. Łapią się za głowę i częstują piwkiem. Podziękuję. Ale wodę wezmę. Tej w obecnych warunkach nigdy za wiele.
Moi dobrodzieje proponują, że odstawią mnie na jakimś przydrożnym kempingu. Nie za bardzo mam wyobrażenie co to znaczy ale niech będzie. Wysiadam. Są tu ławki, zadaszone stoliki, nawet woda. Choć pisze, że nie pitna. Ale jeśli niczego już nie złapie to będę mógł tu się przekimać. Przy czym słońce jeszcze nie zaszło to łapie dalej.
Ale nastepne auto staje dopiero po godzinie, kiedy niemal straciłem nadzieję. A w środku kierowczyni. Na oko koło 60. Bardzo życzliwa i uśmiechnięta. Jedziemy.
Moją dobrodziejką jest Lindy. Absolutnie przesympatyczna kobieta. Szybko łapiemy wspólny język. Okazuje się, że Lindy też dużo w życiu podróżowała i w wielu krajach mieszkała. Szybko ogarniam, że jest to wykształcona osoba z dużą wiedzą o świecie, zwłaszcza Australii. Studiowała życie rdzennych Amerykanów za granicą a teraz zajmuje się, nie zgadniecie, Aborygenami. Wie wszystko o ich kulturach i zwyczajach. Pracuje jako taki dyrektor dyrektorów tutejszych aborygeńskich szkół. Dużo jeździ po kontynencie. No to dla mnie doskonała okazja żeby się dokształcić.
Okazuje się, że sytuacja Aborygenów w Australii jest… kłopotliwa. Kolonialna przeszłość. Ale także niezbyt przemyślane decyzje niektórych plemion doprowadziły do sytuacji, w której ta mniejszość straciła niemal wszystko i stanowiła może 1% populacji kontynentu, by teraz stanowić już prawie 4% i mieć dostęp niemal do wszystkiego bezpłatnie. Wyłącznie z racji przynależności rasowej. Darmowe szkolnictwo, wyżywienie, mieszkania, domy, sporo różnorakich przywilejów. To ludzie, którzy często mieszkają w plemionach poza miastami. Na swój, „zacofany” sposób. Ze swoimi rytuałami, zasadami, zwyczajami. Tak się składa, że akurat teraz mamy porę deszczową. Wszędzie wokół mnóstwo powodzi. W tym czasie aborygeni przyjeżdżają do miast i często mieszkają po prostu na ulicy. To by tłumaczyło moje wrażenia z ostatniego miasteczka.
Moja kierowczyni mówi, żebym był ostrożny jak śpię na zewnątrz, bo nie wykluczone, że w nocy odwiedzi mnie… krokodyl. Serio? Absolutnie serio. Ojć…
Lindy proponuję mi nocleg u niej. Nie zastanawiam się. Biorę. Bardzo miło z jej strony:)
Zanim dojedziemy na miejsce Lindy zabiera mnie jeszcze do jakiegoś lokalnego parku. Ale jest już ciemno więc postanawiamy wrócić tu jutro rano. Wracamy do domu. Mam okazję odespać kilka ostatnich, niezbyt regularnych nocek. A moja gospodyni zrobiła jeszcze absolutnie przecudowny obiad. Steki cielęce. O matko. Steki. Ależ się wzruszyłem.



























