Nocne życie w Bali, pomimo iż istnieje, jest barwne i kolorowe, to pod względem intensywności, wydaje się, że nie dorównuje do tego co można doświadczyć chociażby na Phuket. To taka trochę wersja demo swojej bardziej szalonej, siostry z Tajlandii. Jest tu podobnie ale wszystko jakby „mniej”. Mniej klubów, mniej barów, mniej ladyboyów i prostytutek. Mniej ludzi, mniej hałasu. Wszystko to da się znaleźć ale koniec końców jest tu dużo spokojniej. Nie tak wulgarnie. Nie tak ordynarnie.
Po kilku godzinach nocnego błąkania ląduje w maczku podładować baterie. Po chwili obok dosiada się para odstawionych Azjatek w średnim wieku. Jedna wyraźnie szuka mojego wzroku i szeroko się uśmiecha. Zmęczony jestem, dzień był intensywny, nie za bardzo mam ochotę na kolejne, dziwne akcje. Ale babeczka mnie zagaduje, pyta co to ja kto to… Po czym zaczyna opowiadać o sobie. A konkretnie o tym, że właśnie nie dawno ją zdradził chłopak. I w ogóle to ona była taka dla niego… A on taki dla niej za to niedobry… I och, i ach… Oczy się szklą, po chwili zalewają łzami.
Kładę się na leżankę, a moja masażystka bierze się do roboty. Ten masaż w wykonaniu balijskim wydaje się nie mieć za dużo wspólnego ani z tajskim ani tym bardziej z tureckim. Jest delikatny. Niebolesny, w swojej istocie przyjemny.
Po chwili od rozpoczęcia zza kurtyny pojawia się druga pracownica salonu.
Czy ja mam na czole wypisane „opowiedz mi o swoim tragicznym związku” czy co?
W końcu przestała nawijać i wyszła z koleżanką. Też się będę zbierał. Do plaży rzut beretem. Czas na spanko.
Kilka godzina później budzi mnie słoneczko, dosyć brutalnie. Całe ciało mnie szczypie. Spaliłem się jak 150. Ale januszada xD.
Dziś ostatni dzień w Indonezji. Jutro o świcie mam samolot. Trochę szkoda. Bali potrafi zauroczyć. Cierpi co prawda na bolączki typowe dla całej Indonezji (tłumy, higiena jedzeniowa, robienie turystów w balona, ekstremalnie nachalni taksówkarze) ale biorąc pod uwagę, że ostatni miesiąc spędziłem w Jawie i Sumatrze, to prawie mi te rzeczy nie przeszkadzają. Zostałbym dłużej. Ale co zrobić. Jutro kończy mi się wiza. Nie mogę zostać. Trzeba ruszać dalej.
Początkowo miałem ambitny plan na ten dzień. Ale nic z tego nie będzie. Wczoraj wyspę zaledwie liznąłem, jest tu jeszcze mnóstwo do odkrycia. Ale zwyczajnie nie mam siły. Zamiast tego postanawiam poplażować. Cieszyć się tym co jest i już za niczym nie gonić.
Pech sprawił, że niestety wylądowałem na chyba najgorszej plaży na wyspie. Brudnej, syfiastej i w ogóle. Trudno. Zostaję. Łazić mi się nie chce. Pokąpie się, poleżę. Będzie fajnie.
W oddali, na skraju plaży dostrzegam jakieś zgromadzenie. Podchodzę do białej, blondynki przyglądającej się wydarzeniu. Pytam o co chodzi. Ta mówi, że to chyba pogrzeb. Pogrzeb? Marszczę czoło. Kilkadziesiąt osób. Nie wyglądają jakby byli w żałobie. Zwłaszcza z ubrania. Ale to inny świat. Kto ich tam wie. Po dłuższej chwili okazuje się, że dziewczyna miała rację. Wyłania się trumna z nieboszczykiem. Podpalają ją. Po czym cała społeczność zanosi „dary” (kosze z jedzeniem) do morza. I ludzie w tym pływają… I ja w tym pływałem…
Moja współobserwatorka to Australijka. Mieszka na Bali od roku. Jest na emeryturze. Na oko po czterdziestce. Mówi, że sprzedała dom w ojczyźnie i wyjechała mieszkać na stałe w południowo wschodniej Azji. Mówi, że wcześniej była modelką bikini. Mierzę ją wzrokiem. Wierzę.
Dziewczyna ma dużo większą wiedzę o wyspie niż ja. Opowiada mi trochę o kulturze i realiach. Na Bali islamu już prawie nie widać. Panuje hinduizm ale w jakiejś takie trochę lokalno-pogańskiej wersji. Ciekawe. Moja rozmówczyni narzeka na rosnące ceny. Mówi, że tragedia bo jak tak dalej pójdzie to niedługo zabraknie jej pieniędzy. Tzn. za jakieś 30 lat xD. Australijka narzeka na wysokie ceny w Indonezji. No zupełnie się tym ludziom pomieszało w głowach xD.
Idę w miasto coś zjeść. Na Bali panuje pewien dziwny, erotyczny klimat. Wszak to wyspa bogów i miłości. Takiej właśnie erotycznej. W przydrożnych sklepach z pamiątkami co rusz można się natknąć na wielkie drewniane prącia. Cóż, przyznaję że dosyć oryginalna pamiątka. Na pewno ciekawie by się prezentowała w salonie.
Trochę ogarniam się w maku. Potem pod wieczór idę do kościoła, dziś niedziela, a na koniec udaje mi się jeszcze zrobić pranie. To ważne. Wszak będę leciał samolotem.
Wieczorem wybieram się ostatni raz na spacer. I trzeba będzie powoli zbierać się w stronę lotniska. Dochodzi już północ. Wylot mam o 6.00. Prześpię się na miejscu. Ale zanim…
Pomyślałem, że może warto by sprawdzić o co chodzi z tym masażem balijskim. Wcześniej zaczepiała mnie jedna sympatyczna dziewczyna i zapraszała do salonu. No tak w ogóle to zaczepiało mnie więcej ale tą jedną zapamiętałem. W ogóle tych salonów to też jest tu sporo. I oczywiste jest, że większość z nich nastawionych jest na „coś ekstra”. To co mnie trochę smuci, tudzież wzbudza pewną dozę niepokoju to fakt, że wiele z tych dziewcząt, stojących przy drodze wygląda młodo. Bardzo młodo. Bardzo, bardzo młodo.
Idąc w stronę lotniska, napotykam wspomnianą już wcześniej panienkę. Sympatyczna, uśmiechnięta. Dziewczyny już miały zamykać ale mówią, że dla mnie jeszcze na chwilę zostaną. Babeczka prowadzi mnie do pokoju. Od razu, elegancko pyta czy życzę sobie coś „super”. To grzecznie odpowiadam, że nie dziękuję. Pasuje mi taki układ. W sensie, że od razu grzecznie spytała, a nie robi potem jakieś podchody w trakcie masażu.
Kładę się na leżankę, a moja masażystka bierze się do roboty. Ten masaż w wykonaniu balijskim wydaje się nie mieć za dużo wspólnego ani z tajskim ani tym bardziej z tureckim. Jest delikatny. Niebolesny, w swojej istocie przyjemny.
Po chwili od rozpoczęcia zza kurtyny pojawia się druga pracownica salonu. Trochę starsza. Dopytuje czy może życzę sobie masażu na 4 ręce. To mówię, że nie trzeba. Ale babeczka nalega i mówi, że w tej samej cenie. Dziwne. Ale może po prostu chcą wcześniej skończyć i się zwijać do domu? No dobra. To nie będę je przetrzymywał.
No to mam masaż balijski wykonywany równocześnie przez dwie masażystki… Ale.
Po chwili zza kotary pojawia się kolejne dziewczę i proponuje że może dołączy? Eee… Ok? A zaraz po niej wchodzi kolejna i ta już nawet nie pyta o zgodę tylko bierze się za moje lewe ramię.
I tak oto nagle wzięły się za mnie 4 masażystki. Na raz. W ruch poszło 8 dłoni. Pierwsza z nich skupiła się na mojej głowie i górze pleców. W ogóle pierwszy raz w życiu mam masaż głowy. Druga zajęła się moją nogą i ramieniem. Kolejna ręką i plecami, ostatnia druga nogą. Czułem się jak… Nawet nie mam pojęcia do czego to porównać xD. Chyba najbliżej to takiej sytuacji w której bawisz się z grupka dzieci i na końcu wszystkie robią na tobie kanapkę. Tzn rzucają się na Ciebie. Albo może jakbym był autem w myjni automatycznej.
Ten balijski masaż to bardziej takie masowanie i „miętolenie” niż uciskanie. Nie jest to w ogóle bolesne. Raczej przyjemne. Czuć, że napięcie schodzi. Ale w momencie, w którym mnie tak ugniata 8 rąk na raz… Czułem się bardzo „wymiętolony” xD. Sytuacja wydaje się być nieco absurdalna. Trochę się powstrzymuję od śmiechu. Ale nie będę narzekał.
Początkowo myślałem, że jak się zabiorą w kilka to szybko skończą i tyle. Ale nic z tych rzeczy. Poszła pełna godzina. Nieźle. I one tak same z siebie. Cena pozostała bez zmian. Na koniec jedna z masażystek nie mogła wyjść z podziwu, że nie życzę sobie niczego „ekstra”. No cóż. Było bardzo miło.
A tak w ogóle to myślałem, że taniej niż w Tajlandii za masaż to nie może być. Otóż może. Tutaj taka przyjemność kosztowała… 13zł. Zostawiłem całą gotówkę jaką miałem.
A efekt? Trochę nie kumam czemu właściwie ma służyć taki masaż. Niby jest ten efekt rozluźnienia i dokrwienia. Plecki mi się ułożyły. Ale to wszystko jest tak delikatne… Przydałoby się trochę mocniej. W Turcji jeden masażysta w 15 minut zrobił mi lepszy efekt niż te 4 panienki w godzinę. Choć tam to żadną miarą nie było przyjemne. Czasem się zastanawiam czy w gruncie rzeczy ten balijski to nie jest w jakimś stopniu masaż erotyczny. Ale z drugiej strony dla mnie sytuacja była raczej komiczna niż erotyczna xD. Za to na pewno wolałbym żeby mnie żaden facet tak nie masował. No tak czy owak, był to uroczy sposób na pożegnanie z Azją.
Idę na lotnisko. Przejdę się. Po drodze odmawiam z 50 taksówkarzom. Kilku z nich ostrzej niż planowałem. Samo lotnisko jest bardzo nowoczesne i wygodne. Jest wydzielona strefa do odpoczynku i drzemki. Jest gdzie naładować telefon. Mam chwilę żeby odsapnąć, a potem czas przejść przez bramki. Wszystko idzie swobodnie. O czasie. Słońce wstaje. Dochodzi szósta. Ładuję się do samolotu.
Australio? Przybywam!!!








































