Mój kierowca jeszcze wskazuje mi gdzie znajduje się hostel otwarty całą dobę ale… Obok hostelu jest las. Wybieram las:)
Kolejny leniwy poranek. Po śniadaniu ponownie żegnam się Kasyią i dzieciakami. Tym razem skutecznie;).
Cel Ałmaty. Wyjazd z miasta na wylotówkę trochę zajmuje ale w miarę sprawnie udaje mi się złapać tira jadącego do dawnej stolicy Kazachstanu. No i cudnie. Zabierze mnie do końca:) W międzyczasie zaprasza mnie na obiad. Jemy chyba najbardziej sztandarową że wszystkich kazachskich potraw. To taki koń w kluskach. Teraz to już na pewno była konina:). I kurcze… Jest naprawdę smaczna:). Do tego oczywiście chleb, herbata i kefir. Najadłem się:)
Tak się sypia w Kazachstanie. Oczywiście widać, że to dziewczęcy pokoik 😀

Kolejny kierowca tira okazuje się być cudowny i wrzuca mnie na swoją kanapę. Łapie trochę snu, a to ważne, bo do Almaty dojedziemy nocą. Koło pierwszej. Sen złapany wcześniej jest cenny.
Dziś już wyraźnie czuć, że jestem bardziej w południowej części kraju. Jest tu cieplej, więcej słońca, a w dodatku pojawiły się… Góry! Oczom nie wierzę! Góry! Prawdziwe, wielkie, potężne góry! Są! Nawet w Kazachstanie.
Fajna muzyczka 😀
Trasa stała się trochę ciekawsza ale ja i tak chętnie oddaje się w objęcia Morfeusza.
Dojeżdżamy na miejsce zgodnie z przewidywaniami po pierwszej rano. Mój kierowca jeszcze wskazuje mi gdzie znajduje się hostel otwarty całą dobę ale… Obok hostelu jest las. Wybieram las:)











