Na kanapie pospałem dłużej i lepiej, niż się spodziewałem. Wstaję i wychodzę z restauracji, po drodze regulując zapłatę za wczorajszą zupę. W sumie nie wiem, czy powinienem za nią płacić, bo ziomek wczoraj mi nie pozwolił. Ale na wszelki wypadek zapłaciłem. Za ladą jest już inna kobieta – chyba nie policzyli mi za dwie herbaty.
Wczorajszych znajomych z parkingu nigdzie nie widać. Byliśmy umówieni na wyjazd o 10, ale chyba już pojechali. Standard. W sumie jakoś bardzo mnie to nie boli, bo złapanie stopa nie powinno być wyzwaniem. No to łapię. No to złapany! 🙂
Tir jedzie do Ałmaty, po drodze zahaczając o Shymkent. No to jedziemy! Myślałem, żeby jechać prosto do Ałmaty, ale mam już umówiony nocleg, więc decyduję się z niego skorzystać.
Trasa dziś spokojna, solidne kilkaset kilometrów ciężarówką. Najlepsze jest to, że kierowca pozwolił mi skorzystać z jego kanapy – bajka, zwłaszcza po nocy przespanej tylko tak średnio. Dziś chyba pierwszy raz poczułem konkretne znużenie niekończącym się kazachskim stepem. Znudzenie ułatwia zaśnięcie.
Nadchodzi czas, żeby pożegnać się z moim kierowcą. Fajny koleś, jeszcze na odchodnym kupił mi sok i taki wypiekany trójkąt z serem. Chwilę po tym, jak wysiadłem z tira, złapałem dostawczaka z dwoma ziomkami w środku. Dowieźli mnie do miasta, całkiem niedaleko domu mojego dzisiejszego hosta. Jeszcze tylko 40 minut pieszo i… jestem.
A to niespodzianka! I to pod chińską granicą!

Drzwi otwiera mi Kasya. Kasya jest siostrą Karli, którą poznałem na Couchsurfingu. W domu mieszka jeszcze jej córka, Honey, oraz siostrzeniec Kasyi, którego imienia nie pamiętam. Poza nimi jest jeszcze jedna dziewczyna, córka przyjaciółki Kasyi. Domek jest niewielki, ale ciepły i przytulny. Przychodzę akurat na czas, żeby wziąć prysznic i zjeść kolację z całą rodziną. Znowu ta zupa z mięsem i kluskami – uwielbiam. Ustaliliśmy, że to jednak wołowina. Wydaje mi się też, że to danie pochodzi z Uzbekistanu.

Po kolacji Kasya wychodzi do pracy, a ja zostaję z dzieciakami. Siostrzeniec ma 18 lat, córka przyjaciółki – 12, a córka gospodyni – 8 lat. Jest bardzo wesoło. Cała ekipa biegle posługuje się smartfonami, więc od razu w ruch idzie translator. Jest miło. Akurat zaczęły się ferie – nie do końca wiem, z jakiej okazji, ale mają tydzień wolnego od szkoły. Mają dobrze! 🙂 Średnia z dzieciaków zdaje się dominować wszystkich (choć to akurat ona tu nie mieszka), z zapałem opowiadając, jak uwielbia zajadać się pieczoną owczą głową – takie rarytasy kupuje się tu na targu. Najmłodsza dzielnie próbuje nadążyć, a najstarszy robi facepalma co 3 minuty, inscenizując, że popełnia harakiri. Czuję się z nimi świetnie. Trochę jakby wrócił klimat wczesnonastoletnich lat. Jest naprawdę fajnie! 🙂


