No dziś to dopada mnie podróżnicza Chandra. Nie chce mi się. Absolutnie nic mi się nie chce. Zastanawiam się co bym zrobił. Nie znajduje odpowiedzi. Ostatnio słabo sypiam w tych hotelach. Choć powiedziałbym, że jestem wyspany. Higiena też na wysokim poziomie. Jedzenie spoko. Jeśli żarcie, spanie i higiena jest ok ale i tak się nie czuje ok no to mamy mały problem. Ech…
Zasadniczo mógłbym się dzisiaj już udać do Tajlandii. Do granicy nieco ponad 20km. Ale… Tego też mi się nie chce… Trzeba się będzie bawić na przejściu granicznym. Ogarniać, kasę internet. A ja nawet jeszcze konkretnego planu na ten kraj nie mam. No nie chce mi się o tym myśleć. No to nie myślę. Po prostu wstaje i idę.
Raz po raz ktoś się do nas dosiada i gada z moimi „gospodarzami”. Jeden z tych ktosiów okazuje się być tzw. „Ladyboy”. Farah uświadamia mnie o tym jak tylko podchodzi do naszego stolika. „He’s a ladyboy” – ostrzega. Ladyboy… Hmm…
Wychodzi taki dzień z kategorii: byle jaki. Tuptam sobie krok po kroku w kierunku granicy. Nie zamierzam do niej dzisiaj dojść. Ale skoro już butuję to przynajmniej obiorę właściwy kierunek. Ulica jest dosyć przyjemna. Jakbym wystawił palucha to zapewne dosyć szybko znalazłaby się jakaś dobra dusza i mi pomogła. Ale… Nie chce mi się. I tak sobie mija cały dzień w podróżniczym marazmie. Coś tam po drodze zjadłem. Więcej piłem, bo upał niemiłosierny. No cóż. Bywają i takie dni, że się na nic nie ma ochoty. Nie tylko w podróży. Tylko, że w podróży nie do końca wiadomo co zrobić z taką sytuacją. Żeby po drodze znalazł się jakiś ładny, zielony i zacieniony park to bym się wziął i walnął. Ale nie znajduje się.
Tak o to zaszedłem dużo dalej niż się spodziewałem. Zatrzymuje się jakiś chłopaczek na skuterze. Mówi, że może mnie zabrać w tym kierunku. No ok. Nie będę się kłócił. Podwozi mnie pod same przejście graniczne. Oszczędził mi z 1,5h łażenia. Dzięki. Zbliża się już wieczór. Dziś na pewno już nie przechodzę. Może jutro. Tymczasem coś zjem i rozejrzę się czy da się tu gdzieś kimnąć. Znajduje taki duży park. W środku jakieś sklepiki, restauracje itp. Tyle tylko, że jest tu zupełne pusto. Ciemno i pusto. Nie ma ludzi. A nie jest aż tak późno jeszcze. Dziwne miejsce. Kogoś jednak spotykam. Pracownik jedynej nie zamkniętej restauracji. W środku klientów nie ma. Podpytuję typa czy jak się kimnę w parku to ktoś będzie miał z tym problem. Mówi, że nie mogę, bo dziś święto narodowe i zgarnął mnie służby. Co? Znowu jakieś święto? I niby kto by mnie tu miał znaleźć? Nikogo tu nie ma i nawet nic nie widać. No cóż. Zapytałem z grzeczności. I tak nie ma za bardzo alternatyw więc szukam miejsca do spania tutaj. I tak sobie siedzę w tym swoim podróżniczym marazmie. Do czasu…
Bywa, że ludzie z Couchsurfingu odzywają się z pewnym poślizgiem. Do hostów z Vientiane rozesłałem zapytania jeszcze jak byłem w Vang Vieng. Do tej pory, bez efektu. A jednak teraz odzywa się dziewczyna z apki. Farah. I choć nie może mnie „hościć” to właśnie jest w restauracji z bratem i siostrą. I zaprasza żebym wpadł.
Nie chce mi się. Ale siedzieć tu też mi się nie chce. Jest mi tak wszystko jedno… Że idę.
I co mi przyszło do głowy? To bar z muzyką na żywo. Głośno. Bardzo głośno. No ale skoro już tu przyszedłem…
Przy stole siedzę ja, Farah, jej siostra i brat. Raczej dzieciarnia. Chyba wszyscy młodsi ode mnie. Trochę wypytują co to ja, kto to i o co chodzi? Ale nie jakoś dużo. Gada się ciężko, bo zwyczajnie ledwo się słyszmy. No ale oni też nie przyszli to gadać tylko pić. No to pijemy. Beerlao. Taki ze mnie bystrzacha, że od razu, po nazwie, orientuje się, że to laoskie piwo. No i banery z reklamami owego trunku są w tym kraju rozwieszone mniej więcej co 200 metrów. To nie pomaga. I tak jest paskudne.
Zespół muzyczny z Tajlandii. Tak jak połowa klientów baru. Pijemy, bawimy się. Parkietu nie ma, ale dziewczyny się trochę pobujały. Raz po raz ktoś się do nas dosiada i gada z moimi „gospodarzami”. Jeden z tych ktosiów okazuje się być tzw. „Ladyboy”. Farah uświadamia mnie o tym jak tylko podchodzi do naszego stolika. „He’s a ladyboy” – ostrzega. Ladyboy… Hmm…
Temat tranzycji płciowej w tej części świata to jakaś totalnie fascynująca sprawa. Ladyboy to chłopak, który prowadzi się jak dziewczyna. Czasem wykonują pełną operacje ale niekoniecznie. Czasem to tylko kwestia ubioru, makijażu, sposobu wyrażania siebie i zachowania. Przy czym nie określa sam siebie jako „dziewczyna”. „Im not a woman” mówi. „Im ladyboy”. Z tego co zauważyłem wobec takich osób używają tu zarówno zaimków „he” jak i „she”. Wydaje mi się, że zwyczajowo od razu Cię tu informują jak masz do czynienia z ladyboyem. Uczciwe.
Kolejną ciekawostką jest to, że o ile chłopaków, którzy postanowili zostać ladyboyami jest tu mnóstwo o tyle dziewczyn prowadzących się jak chłopaki nie spotkałem chyba jeszcze ani razu. No jest tu jakaś taka wyraźna dysproporcja pod tym względem. Ogólnie to wszystko wydaje się być czymś zupełnie innym niż temat „transgenderyzmu” jaki znamy i „omawiamy” w cywilizacji zachodu.
Kolejną ciekawostką jest to, że panny jak tańczą to wyraźnie szukają spojrzenia i uznania nie tylko u mnie, ale też u ziomka, który jak zrozumiałem, jest ich bratem. I wygląda to dosyć jednoznacznie. A ziomek wydaje się trochę zakłopotany. Może są pijani? Może zrozumiałem źle? A może po prostu nie rozumiem nic z tego co się tu dzieje?
Impreza była fajna. Kończymy przed północą. Moi dobrodzieje odwieźli mnie z powrotem do parku i żeśmy się pożegnali. Spoko. Idę spać. Namiotu nie rozkładam. Nie chce mi się. Padać nie będzie. Wogóle czy to nie jest tak, że kiedyś nasi przodkowie jak szli spać to po prostu się kładli na dworzu na ziemi i zasypiali? Jak zwierzęta. I jak ją tak robię to pewnie bierzecie mnie, no w najlepszym wypadku za dziwaka. Ale czy nie należy tego postrzegać jako pewnej „umiejętności”, którą na drodze ewolucji żeśmy zatracili? No cóż. Ja nie zatraciłem;)
