Rozesłanie wszystkim linków wczoraj wieczorem zajęło prawie 3 godziny. Sporo. Za to odzew jest bardzo pozytywny. Niektórzy jakoś się nawet dowiedzieli o istnieniu bloga za moimi plecami. I okazuje się, że są już stałymi czytelnikami. Ot, miła niespodzianka.
Rano jakieś ogarnianko, śniadanko i w drogę. Plan na dziś to pobliski, popularny „hike”. Jest kilka kilometrów do przejścia. Normalny turysta bierze taksówkę, podjeżdża do podnóża góry i wchodzi szlakiem na szczyt. Ale ja nie uznaje się ani za turystę, ani za normalnego, ani za zbyt bystrego. Podejmuję więc wątpliwą decyzję, że idę z buta. Po kilku kilometrach, jak słoneczko przygrzało, żałuję. Ale nie zhańbię się taksówką na tym etapie. Dojdę o własnych nogach. Doszedłem.
Wejście na szczyt okazuje się być dużo trudniejsze niż bym się tego spodziewał. Dla mnie nie stanowiło może jakiegoś wielkiego wyzwania ale skoro ja się trochę zziajałem to co muszą przeżywać ci inni, zwykli śmiertelnicy. Trzeba kombinować. Uważać gdzie się stawia stopy. Łapać się wszystkiego czego da się złapać. Trochę się skupić.
Na górze jest ładnie. Opis to zdecydowanie nie jest moja najmocniejsza strona więc odsyłam do zdjęć (nie żeby fotografia była moją mocną stroną xDDD).
Wracając zahaczam o „lagunę”. Tylko zahaczam. Dosłownie. Wchodzę i wychodzę. Dużo, dużo, duuużo za dużo turystów jak dla mnie. Wracając do miasta. Poczułem, że jestem zmęczony. Hmm… Skoro jestem zmęczony to może powinienem odpocząć? Brzmi logicznie. Choć nie powiem żeby w tekście podróży to logiczne zachowanie dominowało. Ale tym razem… Schodzę z ulicy, walę się pod drzewo i leżę. Trochę nic nie robię, trochę przewijam shortsy na YT. Trochę zamulam na telefonie. Ach… Jak przyjemnie.
Szukam jakiegoś spokojniejszego modelu podróży. Tak żebym nie gnał na przód na złamanie karku. Pogoda już nie jest problemem. Nie spieszy się. Spokojnie. Spokojnie. Chyba nawet trochę przysnąłem…
Rano myślałem, że dziś jeszcze udam się do Vientiane. Ale nie, nie chce mi się. HA. I co? Nie chce mi się i tyle. I co mi kto zrobi? A pójdę sobie do hostelu i cały wieczór przeleżę w łóżku na telefonie. HA. I kto mi zabroni? Doskonały pomysł. Jeszcze po drodze jakaś kolacja. Tak, tak zrobię. HA.
Wczoraj cały pokój. Dziś nie zależy mi aż tak więc biorę tylko łóżko w hostelu. Ciekawostka jest taka, że we wczorajszym hotelu było dużo głośniej i niespokojniej niż w dzisiejszym hostelu. Niby mam tylko łóżko ale w moim przedziale nikogo nie ma. W całym budynku są może 3 osoby. Idealnie.
[modula id=”982″]
