Nie krępuj się i…
😉 oczywiście jeżeli chcesz. Ale w podróży to bardzo pomoże:)
No i dobrze, że nie wybrałem budynku, bo pracownicy łupali już tam od 7 rano. Nocka duuużo przyjemniejsza niż się spodziewałem. I dobrze, jest siła, żeby jechać dalej. Chiny czekają! (Jeszcze nie wiem, jaki dzień mnie czeka xD).
Łapię stopa i zbliżamy się do granicy, ale tu dzieje się coś dziwnego. Trafiamy na szlaban i pan w mundurze każe jechać naokoło. Jak naokoło, to naokoło. Dojeżdżamy w jakieś miejsce, które wygląda dosyć dziwnie jak na przejście graniczne, ale cóż… Co kraj to obyczaj, nie?
Jakaś wielka kolejka do jednego okienka. Z tego, co rozumiem, trzeba tam kupić bilet na przejście. Dziwne. I problematyczne. Oczywiście, że płatność tylko gotówką, której nie mam. Coś, co stało obok i wyglądało jak bankomat, okazuje się być biletomatem. Sama kolejka to pewnie z 20 minut czekania. Jeeeny… Co robić? Odpowiedź znajduje się sama. Moje zagubienie dostrzega parkingowy. Nie, no oczywiście, że nie gada po angielsku, ale walczy jak lew, żeby mi pomóc. Przy pomocy translatora ustalamy, jaki mam problem. Potrzebuję gdzieś wypłacić pieniądze. Bankomat jest za bramkami. Więc parkingowy po cichu przemyca mnie za bramki i prowadzi w miejsce, gdzie mogę wypłacić pieniądze. Tam spotykam Kazachów, którzy odrobinę mówią po angielsku. I tak od słowa do słowa uświadamiają mnie, że… To nie jest przejście graniczne. Tylko jakaś strefa handlowa. I to tylko dla Kazachów… Aha… Ahaaaaaaa!
W końcu trafiam na bossa przejścia granicznego. Pan w okienku. Po angielsku nie mówi, ale mamy translator. Zadaje niewygodne pytania. A kim jesteś? A dokąd jedziesz? A na jak długo? A sam? A po co? A na co? A sra co? No i cyk. Porażka. Coś źle odpowiedziałem. Albo to może po prostu moja morda? Biorą mnie w towarzystwie trzech strażników do kącika.
Okazuje się, że jedynym sposobem, aby dostać się przez granicę (dosłownie jedynym, aut nie przepuszczają, co tłumaczy sytuację) jest autokar z Żarkent.
Żarkent… Wczoraj tam byłem… Ech…
No dobra. Złapię okazję i tam wrócę. Ale na to pan parkingowy nie pozwoli. Dokończy swego dzieła do końca! Pakuje mnie do taksówki i płaci za mój przejazd. Tłumaczę, że nie trzeba, że sobie poradzę. Na nic się to zdaje. Zapłaciłbym, no ale nie mam keszu. Choć przyznaję, że specjalnie wydałem wczoraj całą gotówkę, jaką miałem, żeby jej bez sensu nie zawozić w miejsce, w którym z nią nic nie zrobię.
No to wracamy. W Żarkent drzwi samochodu otwiera mi agresywny taksówkarz i krzyczy „Ałmaty!? Almaty!?” „Nie”, odpowiadam po polsku, ale na tyle stanowczo, że zrozumiał i dał spokój.
Autokar do granicy kosztuje 5000 tenge. Nieco ponad 40 zł. Dla porównania taksówka na tym dystansie kosztowała 1000 tenge. To już chyba rozumiem, o co chodzi w tym całym zamieszaniu.
W autokarze przysiada się do mnie Kazach chińskiego pochodzenia. Albo Chińczyk żyjący w Kazachstanie. On sam nie mógł się zdecydować. No ale miał chiński paszport. Ewidentnie chce gadać, pomimo że angielski zna tylko troszkę. Ale coś tam pogadamy. Opowiada sporo o swoim kraju (tu – Kazachstanie), głównie w superlatywach. Zeszło na sport i dowiaduję się, że istnieje coś takiego jak igrzyska nomadów. Ciekawe. Wideo w internecie wygląda ciekawie. Muszę się temu przyjrzeć. Mój rozmówca zaznacza, że tegoroczne igrzyska nomadów były dużo wspanialsze niż igrzyska olimpijskie. Pfff… Też mi wyczyn. Nie widziałem ani jednego klipu z tegorocznej olimpiady.
Inwestycja w rozmowę się opłaca, bo mój nowy przyjaciel pomaga mi przejść przez granicę. Sam robi to często w interesach. Ma taki biznes, że sprowadza auta z Chin i sprzedaje w Kazachstanie. Płynnie gada we wszystkich trzech potrzebnych językach, to idzie mu to dobrze. Na oko oceniłem gościa na 32 lata. Ma 22… No żesz…
Pomaga mi, póki może, ale w końcu trafiam na bossa przejścia granicznego. Pan w okienku. Po angielsku nie mówi, ale mamy translator. Zadaje niewygodne pytania. A kim jesteś? A dokąd jedziesz? A na jak długo? A sam? A po co? A na co? A sra co? No i cyk. Porażka. Coś źle odpowiedziałem. Albo to może po prostu moja morda? Biorą mnie w towarzystwie trzech strażników do kącika. I tam nowa pani (ta już mówi po angielsku) zadaje kolejny zestaw pytań. Chociaż nie. W zasadzie to pyta o to samo… Jeeeny…
[modula id=”471″]
Popyta, popyta i przestanie. Zostawi ze strażnikami i każe czekać. No to czekam. Trochę się rozglądam. Wszystko, co mówili, to prawda. Kamery są wszędzie. Dosłownie wszędzie. Nie doliczę się, ile w sumie. No niezbyt przyjemny klimat. Niby krzywdy mi nie zrobią. Najgorsze, co może się stać, to mogą mnie po prostu nie wpuścić… I co wtedy? Wtedy problem… I to spory… Ale nie, na pewno jakoś się uda.
W międzyczasie w kącie odwiedza mnie kolejny pan w mundurze. „Oho, finałowy Boss – myślę”. Ten zabiera mnie do oddzielnego pokoiku. Tym razem już tylko w asyście jednego strażnika (ciekawostka. Wszyscy chińscy pracownicy przejścia granicznego chodzą w maseczkach). I tam absolutnie rozbraja mnie nowym, niespodziewanym zestawem pytań: where are you from? Where do you go? You travel alone? How long you stay in China? Ale dowalił. Zupełnie się nie spodziewałem. Drugi etap pojedynku. Przeszukanie. Było macanko, jest sprawdzenie ekwipunku. Wszystko przeszło. Z zabawnostek: znalazł kartkę z napisem „Żarkent” w cyrylicy i był wobec niej bardzo podejrzliwy. Po drugiej stronie kartki znajdował się skan jakiegoś paszportu randomowego typa xD. Dostałem ten papier wczoraj od gościa z autostopa, żeby pokazywać ludziom, gdzie jadę. Nie użyłem ani razu, ale zapomniałem wyrzucić, więc teraz robi mi kłopoty xD. Boss w końcu odpuszcza i ten wątek. Na koniec moje ulubione. Bierze telefon i przegląda zdjęcia. A zdjęcia z podróży to niech sobie ogląda, na zdrowie. Ale tam też jest kilka fot, których jednak nie powinien zobaczyć ?.
Finałowy Boss pokonany. Przepuszcza. Ha!
Ogółem błąkam się trochę po mieście w poszukiwaniu autostrady. Coś znajduje. Bez wielkich nadziei podążam w kierunku, który wydaje mi się być dobrym kierunkiem. Morale spadają. Przysiadam żeby napić się wody. Myślę… Chiny zaczynają się słabo… Aż tu nagle!
Ogólnie to mam tak, że na lotniskach lubią mnie brać na ekstra sprawdzanko. Powiem więcej. Chyba trzy razy w życiu byłem przeszukiwany prewencyjnie przez policję. Bez ŻADNEGO powodu. I to naprawdę nie jest miłe, jak musisz się tłumaczyć z tego, że istniejesz… No cóż, wyglądam jak wyglądam, ale niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że dyskryminacja mężczyzn nie istnieje xD.
To nie koniec misji zatytułowanej „przejście graniczne”. Jeszcze raz na wyjściu prześwietlają mi plecak. (Głęboko wzdycham). I jeszcze coś znajdują… Do końca oględzin nie zdołałem ustalić, o co chodziło, ale kazali mi wywalić kiełbasę do śmieci. Może w Chinach jedzenie koniny jest nielegalne?
No dobra Ci też odpuścili. To koniec. Nareszcie. I nagle BOOOOM. Przy wyjściu z lotniska kolejny pracownik sprawdza paszporty. Innych to puszcza jak tylko rzuci okiem na zdjęcie ale nie mnie. Ze mną to musi sobie pogawędzić. I zaczyna się. A skąd jesteś? A na jak długo… O myślałem, że dam mu w zęby. Na koniec uśmiecha się, mówi że Lewandowski spoko i puszcza. Oni w ogóle na końcu ostatecznie są bardzo mili. Podają rękę. Życzą miłego pobytu na terenie Państwa Środka. I zapewniają, że Komunistyczna Partia Chin będzie czuwała nad moim bezpieczeństwem. Dziękuję 🙂
Wyszedłem. Wolny. W końcu. Okazuje się, że Chińczycy pracują tak szybko, że przez samą granicę wyprzedzają Kazachstan o 3 godziny! I cyk, z 13.00 nagle zrobiła się 16.00. No to ja już jestem 7 godzin do przodu względem ojczyzny.
Nie wiem jak nazywa się to miasto, w którym jestem ale od razu rzuca się w oczy kilka rzeczy. Przez te granice przejeżdżają wszystkie samochody, które wysyłane są z Chin do Azji centralnej na Europę. Widać tu przemysł. Miasto zdecydowanie industrialne. I kamery. Wszędzie. Absolutnie wszędzie. Na każdym skrzyżowaniu jest ich kilkadziesiąt. Połaziłem tu trochę. Zrobiłem pewnie z 7km. Mam wrażenie, że przez 90% tego czasu byłem w zasięgu jakiejś kamery (te pozostałe 10% to totalne zadupie). Kolejna rzecz, nie wiem czy to kwestia pogody, ale mam wrażenie, że to miejsce jest po prostu niesamowicie brzydkie. Totalna betonoza. Szerokie, puste ulice. Budynki to gołe prostokąty. Wszystko wielkie, ale nic tu nie ma. Nawet ludzi. Wygląda to, jak miasto ze słabej gry komputerowej z 2002 roku.
Google mapa jest tu bezużyteczna. Kantoru też nie daje rady namierzyć. No to spróbuję swojego szczęścia na wylotówce ale to też nie jest łatwa sprawa. Ogółem błąkam się trochę po mieście w poszukiwaniu autostrady. Coś znajduje. Bez wielkich nadziei podążam w kierunku, który wydaje mi się być dobrym kierunkiem. Morale spadają. Przysiadam żeby napić się wody. Myślę… Chiny zaczynają się słabo… Aż tu nagle!
Nagle zatrzymuje się obok mnie auto. Młody chłopaczek o coś pyta. Jak zaczynam po angielsku to mnie wyśmiewa. Translator. Pisze co jest grane. Ok. Zupełnym przypadkiem jedzie dokładnie do tego (niewielkiego) miasta, w którym znajduje się mój host… 500km… Chyba ktoś się za mnie przed chwilą pomodlił… (jakie, kurde „chyba”! – przypis red.)
Tego typu nagłe, niespodziewane, pozytywne zwroty akcji w podróży zdarzały mi się już tyle razy, że nawet nie robią na mnie wielkiego wrażenia. Nie żebym nie był wdzięczny :). Chłopak nazywa się Dong Jiaqi. I jest moim dzisiejszym bohaterem. Częstuje jakimś szaszłykiem. Niezły. No to jedziemy.
Niedługo, bo po kilku kilometrach zatrzymuje nas policja i… Zabiera na sprawdzanie xD. No nie, w takim tempie to daleko nie zajadę. I to tak będzie przez cały kraj? Mundurowi zapraszają mnie do okienka i zadają szereg standardowych pytań. Where are you from? Poland. Where are you going? Urumqui. Why? To travel? Are you a blogger? No… Yes!!! Jakem przecież wielki bloger. Czytają mnie ze 4 osoby! I pokazuje stronkę michaeltravel.pl. HA. Puszczają. To znaczy potem przypominają sobie, że muszą jeszcze sprawdzić mój plecak. Ale jak go już sprawdzą (policjanci i z 5 randomowych Chińczyków co akurat byli w pobliżu) to puszczają. W końcu jedziemy 🙂 Mój kierowca był tak miły, że skontaktował się z moim dzisiejszym hostem i zaaranżował moje przejęcie. Bajka.
Dong Jiaqi częstuje mnie papierosem. Odmawiam. Ale tłumaczy, że to super specjalne fajki. Że nie da się kupić ich w Chinach. I że to specjalna okazja, a ja jestem gościem. No dobra. Powiedzmy, że to taki kontekst sytuacyjny.
Jak byłem mały (z 10 lat) to spytałem ojca jak to jest jak się pali papierosa. A że akurat byliśmy na dworze i paliliśmy liście to ojciec mówi żebym się zaciągnął tego dymu z ogniska to będę wiedział. No to wziąłem i się tak solidnie sztachnąłem. I od razu tego bardzo pożałowałem… Ostatnimi czasy mam wrażenie, że stary zrobił mnie wtedy w jajo. Skutecznie. No i w ten oto sposób nigdy nie zapaliłem papierosa. Aż do teraz.
Ale okazuje się, że tata miał racje (pozdrawiam tatę), a przynajmniej nie był daleko od prawdy. To gówno jest absolutnie obrzydliwe. Kurna jeszcze kilka godzin miałem ten smród w gębie. Nigdy więcej…
Stanęliśmy na jakiejś stacji benzynowej na siku. Chyba pierwszy raz widzę pisuar z monitorem :). Uzupełniamy zapasy i jedziemy dalej. Mój kierowca pyta mnie z czapki czy kiedykolwiek strzelałem z prawdziwej broni. To chyba popularne pytanie wśród młodych Chińczyków. W międzyczasie Dong Jiaqi zgubił dowód osobisty i rozwalił auto ale o tym nie będziemy już dzisiaj rozmawiać.
W końcu dojeżdżamy na miejsce. Jest srogo po północy ale wczoraj o tej godzinie była 22.00 więc nie jest źle. Myślę, że chyba powoli czas do spania… Nic bardziej mylnego.
Mój dzisiejszy dobrodziej to 22 letni student stomatologii. Podjeżdża do mnie hybrydowym Volkswagenem (podobnie jak poprzednie kierowca) ale wychodzi z tylnego siedzenia. Z przodu jechało dwóch karków. Wyglądają jak obstawa. Jack (host) jest raczej szczupły. Zabawny widok. Jakieś pogaduchy, jakiś papierosek. Znowu częstują – NIE!!! I jedziemy dalej. Zajeżdżamy na spotkanie z jeszcze jednym kumplem do ekipy, a potem już jedziemy na miejsce spoczynku. Jeszcze 80km xD. Oni chyba po mnie tu przyjechali…
Karki co jadą z przodu okazują się być lekarzami. Znają się wszyscy ze studiów. Zwykłe, dobre chłopaczki, grają w Lola i lubią się czasem napić wódki. Poza tym wszyscy są członkami Komunistycznej Partii Chin. To dopytuje co to w praktyce oznacza. To mówią, że „ciężko pracują na rzecz swojego państwa i jego obywateli”. Mówią głośno, pewni siebie i chyba na poważnie. Skisłem wewnętrznie xD.
Na szczęście Chińczycy jeżdżą już nieporównywalnie spokojniej niż Turcy czy Kazachowie(o Gruzinach nawet nie wspominam). Na dworze zrobiła się totalna mgła. Ale totalna. Widoczność na jakieś kilka metrów.
W końcu dojechaliśmy na miejsce. Shihezi. 150 km do Urumqui. „Małe” miasto. Tzn. 600000 mieszkańców. Czyli małe jak na standardy chińskie.
Okazuje się, że dziś śpię… W hotelu. Jack nie miał warunków żeby mnie przenocować u siebie więc wziął hotel. No miło:) Prysznic, pranie i jeszcze robot przywiózł mi pierogi na kolację. No żyć nie umierać. Coś tam jeszcze żeśmy pogawędzili i czas spać. W końcu. Pobudka na śniadanie o 10.00 a jest 5.30 xD. Chiny zapowiadają się dobrze :)”

Hello Michal,
Dzieki Twojemu Tacie, ktory opublikowal list do bloga, moge poczytac twoje historie. A czyta sie je dobrze.
Pozdrawiam bardzo serdecznie zyczac opieki aniolow na drodze.
Dziękuję serdecznie:)
Z Panem Bogiem