Michael Travel
  • Home
  • Płaska Ziemia
  • Albumy
  • Info & Kontakt
2025-03-20 przez MikolajTD

Dni 182-184 – Barber czy Rzeźnik?

Dni 182-184 – Barber czy Rzeźnik?
2025-03-20 przez MikolajTD

Dumai. Postanawiam tu zabawić na kilka dni. Ostatnie akcje mocno mnie wymęczyły. Spanie oberwało. A ja chciałbym jeszcze wyjść z pisaniem na bieżąco i zrobić jakiś plan na Indonezję. Trochę się ogarnąć. Podjeść. Wyspać.

Fajny klimat takiej starej siłowni. Poza mną na sali tylko jeden ziomek. Taki typowy gym bro. Robi na maszynach. Cały trening w pasie xD. Większość czasu spędza cykając sobie foty przed lustrem xD. Obstawiam, że facet na towarze.

Postanawiam się rozejrzeć za innym lokum. To wczorajsze pozostawia wiele do życzenia. Standard niski. Na noc zamykane. I jeszcze tuż obok meczetu. A mamy Ramadan. W efekcie z głośników świątyni modlitwy leciały do północy… Ech.
Ja w sumie nie wiem czy to są pieśni, czy modlitwy czy śpiewany Koran. Ale mi się to w ogóle nie podoba. Nie ma podejścia do kościelnej muzyki sakralnej. Sorry, ale dla mnie to jakieś totalne wyjce…
Udaje się znaleźć lokum za nieco mniejszą cenę, (niecałe 30zł za noc), czystsze, przyjemniejsze, cichsze i bliżej centrum. Czasem warto się porozglądać.
Idę do fryzjera. Trochę na zasadzie „czemu nie”. Zawsze trochę będę świeższy. Wchodzę do pierwszej lepszej, barberskiej jaskini. I jaskinia to adekwatne określenie. Bo w tak surowych warunkach się jeszcze nie strzygłem. Jak wszedłem… To pomyślałem, że może jednak wyjdę. Ale ujął mnie sam fryzjer. Ten, jak mnie zobaczył to zasłonił usta rękami i stanął jak wryty na dobre kilka sekund. Wyglądał jakby jego ukochana żona wstała z grobu albo coś. No był po prostu totalnie zachwycony. A samo strzyżenie? W życiu nie widziałem tak zaangażowanego golibrody. Sprawiał wrażenie jakby w każdy ruch wkładał absolutnie całe serce. Pracował z takim zaangażowaniem, z takim namaszczeniem. Wydawał się być najszczęśliwszy na świecie, że może mnie ostrzyc. Nie ciął jakoś krótko. Bardziej wyrównał co było do wyrównania. Ja przeważnie jak już przychodzę to raczej skracam. Ale tym razem broda pozostała długa, ale jest równa. I to chyba najbardziej zajebista broda jaką kiedykolwiek miałem.
Trochę się obawiałem o warunki higieniczne. Ale facet użył świeżego ostrza więc spoko. Koszt takiej operacji? 5zł…
Po ostatniej wizycie w siłowni w Singapurze mam małe postanowienie. Będę odwiedzał częściej. Brakuje mi dźwigania. Trening z własną masą ciała, gdzieś tam przy okazji, już mnie strasznie nuży. A tam na siłowni w Singapurze czułem się tak dobrze. I od razu ciało reaguje. Wszystko się w pleckach układa. Lepsze samopoczucie. No i po prostu chcę. No to będę. Bo kijowo jest nie być silnym. Nawet jeden trening na tydzień czy dwa powinien mi pomóc zachować masę i siłę. Jakby weszły dwa w tygodniu to już będzie bajka.
Zaglądam do pobliskiej siłowni. Zamknięte. Przerwa około południowa xD. Sprawdzam czy jest coś innego w pobliżu. Coś jest. Ale kawałeczek stąd. A dziś gorąco. No to zamawiam graba. Skuter. Trasa 5km kosztuje około 3,50zł. Dojeżdżamy na miejsce i… Dupa. Też zamknięte. Jeny. Szkoda. Bo na zdjęciach wyglądało to profesjonalnie. Tymczasem tutaj żadnej informacji. Nic. Pfff… No wkurza mnie ta taka byle jakość.
Jadę z tym samym kierowcą z powrotem  skąd mnie zabrał. Po drodze łapie nas ulewa. Ziomek staje pod zadaszeniem i pyta czy czekamy czy jedziemy. Z cukru nie jesteśmy, jedziemy.
Jestem z powrotem przy tej siłowni co była wcześniej zamknięta. Już po 14 to otworzyli. Ale w środku… Bida. Tzn. mnóstwo drogich, nikomu nie potrzebnych maszyn;). Jakiś wolny ciężar jest ale nie ma sztang olimpijskich. No Bida. Postanawiam spróbować w jeszcze jednej miejscówce. Przejdę się kawałek. Bingo. Tu już mają co potrzeba. Sztangi, stojaki, ciężary i w ogóle. Tylko klimy brakło.
Fajny klimat takiej starej siłowni. Poza mną na sali tylko jeden ziomek. Taki typowy gym bro. Robi na maszynach. Cały trening w pasie xD. Większość czasu spędza cykając sobie foty przed lustrem xD. Obstawiam, że facet na towarze. Poza tym babeczka na recepcji. Jedna z nielicznych dziewczyn w mieście, która nie nosi burki. I jeszcze ma odsłonięty brzuch! Raz przeprowadzała trening personalny. Pierwszy raz w życiu widziałem trenerkę prowadząca trening… W spódnicy xD. Można? Można!
Do tego jej córeczka, uroczo chrapiąca, rozwalona na środku recepcyjnego biurka. Fajny klimat.
A sam trening wchodzi jak złoto. Po ostatnim w Singapurze trochę umierałem od zakwasów. Teraz powinno być lepiej. Dorzuciłem trochę ciężaru na sztangę także bangla.
Tylko ławeczka do wyciskania stoi na krzywym kawałku podłogi. To i wyciska się krzywo. Ale… Ja już wciskałem swego czasu na pokładzie statku na pełnym morzu. Tu może jest krzywo ale przynajmniej nie buja xD.
Indonezja to kraj zdecydowanie Islamski. To widać, słychać i czuć. Jeśli pominąć kolor skóry i oczy mieszkańców, możnaby pomyśleć, że jesteśmy w kraju arabskim. Naleciałości są spore. Chociażby słychać to w muzyce. Ale też np kuchni. Kebaby dostępne wszędzie… Ale tylko wieczorem. Nie wiem czy tak jest zawsze czy tylko podczas Ramadanu ale nie licząc marketów praktycznie nie da się tu zjeść niczego przed 16.00. wszystko pozamykane. A wieczorem? Wieczorem to nie da się przejść żeby się nie potknąć o jakiś jedzeniowy stragan. I to niemal dosłownie. Bo nie ma tu chodników. W ogóle. Jedyne co takowy przypomina to kamienne płyty wyłożone nad kanałem. Bardzo śmierdzącym kanałem. I bardzo niestabilne płyty.
Ogólnie śmierdzi, jest brudno, chaotycznie. Stragany stoją na ulicy. Także trzeba być naprawdę ostrożnym. O tragedie łatwo. Kalek wokół dużo. Podobnie jak żebrzących. Tych jest tu najwięcej od… Chyba od zawsze.
A żarcie? Jak już poczekamy do wieczora to wybór mamy… Nie za duży. Uogólniając, wszystko, absolutnie wszystko jest tu smażone w głębokim oleju. Mięso, ryby,  owoce, warzywa, makaron. Wszystko panierują i do oleju. Stoi tu mnóstwo stoisk z takimi różnymi, zapanierowanymi cudami. Bez szału. Dodatkowo „KFC Fried chicken” dostępny jest dosłownie co 50 metrów. I tej panierki to chyba więcej mają niż kurczaka. Jeszcze się nie skusiłem. Wygląda słabo.
Na plus, całkiem dobre burgery i kebaby. To mi smakowało. Dodatkowo raz wybrałem się na jedzeniowy targ. Wszędzie dostępny drób. Związany żeby nie uciekł. Bo samemu sobie go trzeba ukatrupić. Za to jest spory wybór naprawdę tanich owoców. Daktyle 7zł/kg. Dragon fruit 3zł/szt. Cały obrany ananas 3,50zł/szt. Raz jak nie było co zjeść rano to zrobiłem sobie takie małe zakupki do pokoju. Cały ananas, cały dragon fruit, 400 gramów daktyli, duża mrożona herbata, dwie mrożone kawy i paczka ciastek kosztowało 16zł.
Jest tanio. Jeff (Amerykanin z Malezji) mówił mi, że tu jeszcze taniej niż w Tajlandii. Trochę nie wierzyłem. Niesłusznie. I oczywiście, na Bali pewnie aż takiej taniochy nie będzie no ale wciąż.
W restauracji do wyboru rybka (nie wiem jaka) i kurczak. Oczywiście, smażone. Przyzwoity obiad kosztuje ok. 7zł. I jest całkiem niezły. Ale ogólnie jedzeniowo to póki co kilka oczek w dół względem Tajlandii i Malezjii.
Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt, ludzie. Byłem już nie raz w miejscach, w których moja obecność wzbudzała ogólny entuzjazm. Ale to co mamy tutaj jest nieporównywalne z niczym innym. Absolutnie wszyscy się uśmiechają i zagadują. I oczywiście, nie gadają po angielsku, ale wszyscy potrafią zawołać: „Hello Mister” „How are you Mister” „where are you from Mister”. I każdy woła, i każdy się uśmiecha. Wszędzie indziej jestem „my friend”. Tu się aż tak nie spoufalają i wołają „mister”;). Chłopcy wyścigają się kto dostanie ode mnie odpowiedź pierwszy lub, który przybije piątkę. Dziewczęta zagadują, łapią wzrok, uśmiechają i chichoczą pod nosem, dogryzając sobie nawzajem. Raz szedłem sobie ulicą i nagle słyszę „Oh my God!”. Co się stało? – myślę. Odwracam się. Jakaś panienka stoi niedaleko z zasłoniętymi ustami i śmiejącymi oczami. Patrzy na mnie jakbym właśnie zeskoczył z białego wierzchowca i poprosił ją o rękę… A ja tylko sobie szedłem xD.
I szczerze powiedziawszy, to wszystko bardzo szybko stało się męczące. Nie da się normalnie przejść przez jezdnię żeby Cię parę osób nie zaczepiło. Ogólnie w podróży przeważnie odwzajemniam uśmiech, odmachuję do dzieciaków, odpowiadam na zaczepki, ale tu szybko łapie się na tym, że przestaje reagować na cokolwiek. Tego jest za dużo. To zwyczajnie ciężko wytrzymać. No ale jak chcecie się poczuć jak najpopularniejszy nastolatek w szkole, i jesteście biali, to zapraszam do Dumai w Indonezji!

Poprzedni artykułDzień 181 - Fejkowe hotele czyli witamy w IndonezjiNastępny artykuł Dzień 185 - Home! Sweet Home!Ilustracja wprowadzajaca dzien 185

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

O Blogu

Jestem Michał, dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

Ostatnie wpisy

Pierwszy Vlog! Dzień 3582025-09-16
Dni 351 – 360 – Wrestling, moja przyszłość!2025-09-12
Dni 348 – 350 – Wśród kosmitów2025-09-08

Telefonik: +48 69dwa 4ysta98 sto20

Fundacja: Józefa Strusia 13a, Warszawa

Rife Free WordPress Theme ❤ Made by Apollo13Themes.com

Jestem Michał,

dla znajomych – Topiś, dla mamy – ukochane dziecko, dla sióstr – głupek lub miś, a dla wielu – obieżyświat.

RAAM
Gibraltar
Malta