Przez ostatnie kilka nocy spałem jak niemowlę. I akurat teraz musiała mnie dopaść bezsenność. Pffff. Słabiutko było. O poranku nie czuje się najlepiej. A żeby było ciekawiej, na zewnątrz leje. Totalnie leje.
Ogarniam się. Zgodnie z umową o 7.30 czeka już na mnie Tung. No właśnie, Tung. Wczoraj wieczorem mojego hosta odwiedziła kolejna couchsurferka. Tung. Dziewczyna z Tajwanu. Przyjazna, uśmiechnięta. Tak się przypadkiem złożyło, że oboje zamierzamy jechać dzisiaj tym samym autobusem do Singapuru. No to pojedziemy razem. Na dworzec jakieś 4km. Normalnie bym poszedł na piechotę ale tym razem weźmiemy Graba (taki tam lokalny Uber). W sumie spoko wyszło. Bo leje naprawdę konkretnie, i tak bym pewnie wziął taksówkę.
Singapur. „Zatoka Rozbitków”. „Nie bez powodu nazywają ją wyspą rozbitków, gdzie w zatoce rozbitków leży osada rozbitków”. Czy jakoś tak to leciało. No w każdym razie jedna wielka kupa wraków xD.
Ciekawostka jest taka, że pogoda, godzina ilość chętnych na przejazd, to wszystko wpływa na cenę przejazdu. I tak o 8 rano koszt wynosił niecałe 8 zł za przejazd. A jakieś 40 minut później już 25zł. To niezłe przebicie.
Zamawiamy przejazd i czekamy. I czekamy. I czekamy. I nic. Nic się nie znajduje w okolicy. Mijają długie minuty. Nie ma nikogo kto by nas przewiózł. Ojć. Autobus mamy o 8.30. Zbliża się ósma. No, robi się nieciekawie. Nie ma rady. Grzecznie prosimy naszego gospodarza o pomoc. Ten nawet nie mruknie tylko od razu się ubiera i idziemy. Zawiezie nas. Wciąż leje jak z cebra. Przebiegamy wszyscy do auta i jedziemy. Ech. Obyśmy zdążyli. Ja już mam kupiony bilet. I to jest już drugi bilet jaki kupiłem na ten przejazd. Bo za pierwszym razem mi się pomieszało i wybrałem zły dzień. Żenada. Błąd początkującego. No głupio by było jakby mi kolejny przejazd przepadł.
Jedziemy. Melaka o poranku zakorkowana równie bardzo co każde inne miasto w Malezji. Poruszamy się powoli. Wygląda na to, że będziemy na styk. Co jest słabą opcją, bo Tung nie ma jeszcze kupionego biletu. Jani robi co w jego mocy żeby skrócić przejazd. Przejeżdża na czerwonym, wymija wszystkich przy każdej okazji, kręci uliczkami omijając korki. Wszystko aby tylko było szybciej. Dojeżdżamy na stację. Mamy pięć minut. Jeszcze ostatnie pożegnanie z naszym gospodarzem i idziemy. No dobra, biegniemy.
Tang szuka właściwego okienka, a ja właściwiej bramki. Znajduję. Trzeba zeskanować kod kreskowy żeby przejść. Ale ja nie mam! Na moim bilecie nic takiego nie ma. Cholipka. Pewnie trzeba gdzieś druknąć kartę pokładową. Zostały minuty. Nie ma czasu. Młodszy, grzeczniejszy ja powiedział by, że trudno. Zdarza się. Nie pojadę. Ale ja akurat na starość gwałtownieję. Przeskakuję przez bramki, załączając alarm i powodując zmieszanie na twarzy stojącej obok sprzątaczki. Podchodzę do wyjścia do autokaru. Mówię sprawdzaczowi biletów, że zaraz odjeżdża mój autokar do Singapuru. Pokazuje „bilet” co to mi go wysłali na maila. Ziomek pyta gdzie moja karta pokładowa. Mówię, że nie mam. Nic mi nie wysłali. Facet macha ręką i wskazuje mi właściwy autokar. Cudownie:) wspaniały człowiek. Wsiadam dokładnie o 8.30. Autobus odjeżdża z 5 minutowym opóźnieniem. W środku tylko kilka osób. Tang niestety nie dotarła na czas. Szkoda. No ale w sumie autobusy do Singapuru odjeżdżają stąd co godzinę. Coś ogarnie. Ja się natomiast cieszę, że ostatecznie jestem już we właściwym pojeździe. Nie zdążyłem co prawda nic kupić na drogę. Ale trudno. Nic mi nie będzie. Za 5 godzin powinienem wysiąść już w Singapurze.
Przejazd spokojny. Przejście graniczne też. To zawsze jednak delikatny stresik. Przed wjazdem do Singapuru trzeba wypełnić kartę wjazdu. Tam się deklaruje gdzie się będzie spać i kiedy się wraca. Niby wymagają też, że będzie się miało bilet powrotny. A ja nie wiem ani gdzie będę spał, ani kiedy opuszczę ten kraj:). No ale o nic nie pytali. I w ogóle to nawet żadnej pieczątki w paszporcie nie wstawili. Ale hej, jestem po drugiej stronie. To co się będę martwił na zapas:).
Stajemy na jakimś dworcu. Szczerze powiedziawszy to co widziałem z autobusu nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia. Do centrum nie daleko. Kilka kilometrów. Przejdę się.
A co ja wogóle wiem o Singapurze? Co mi się kojarzy? Państwo miasto. Azjatycki Tygrys. Drogo.
No więc na nieco ponad miesiąc przed moim wyjazdem napisał do mnie po angielsku jakiś nieznany numer na Signalu z pytaniem czy odebrałem tę paczkę co ją zamówiłem. Wyglądało na pomyłkę to grzecznie odpisałem że wciąż czekam, choć nawet nie zamawiałem. Pomyłka. Ale wszedłem w tę gatkę, bo sytuacja wydawała sie być interesującą. Nadawcą wiadomości okazała się być nader atrakcyjna Singapurka mieszkająca rzekomo w Warszawie. Piszę „rzekomo”, bo do dziś nie mam pojęcia czy to nie był fake, scam czy jeszcze coś innego. Dziewczyna wydawała się mówić z sensem. Wysyłała zdjęcia, które wydawały się być oryginalne. I chciała gadać. Jeśli była botem, to był to bez wątpienia najlepszy bot jaki widziałem. Jeśli była jakimś pryszczatym nastolatkiem próbującym mnie oszukać… To też dziwne. Bo nie wysłała żadnego linku ani nie próbowała wyciągnąć żadnych danych. Nie wspominała o kryptowalutach ani niczym w tym stylu. Ostatecznie za długo z nią nie pisałem, bo ciągle gadanie o tym „jak Ci minął dzień” szybko stało się okrutnie wręcz nudne. Ale jestem w stanie uwierzyć, że to nie był scam, a autentyczna pomyłka. Może powinienem był to ciągnąć? Może do niej przy tej okazji napiszę znowu?;) Dziewczyna była naprawdę ładna. I ustawiona. Rodzinny duży biznes ubraniowy. Tylko, że 35 lat… Chyba trochę za stara dla mnie jednak…
Nie, na bank scam.
Również na chwilę przed wyjazdem rozmawiałem o Singapurze z Gabą. Moją ulubioną średnią siostrzyczką. No i wyszło, że Gaba wyobraża sobie Singapur jak w Piratach z Karaibów xD. Miasto było pokazane w 3 części. Ale żeby było zabawniej to Gabryśka pomyliła lokacje. Singapur był przedstawiony jako mała, biedna wioska rybacka. To by było pół biedy. Ale Gaba za Singapur wzięła fikcyjną lokację „Zatoka Rozbitków”. „Nie bez powodu nazywają ją wyspą rozbitków, gdzie w zatoce rozbitków leży osada rozbitków”. Czy jakoś tak to leciało. No w każdym razie jedna wielka kupa wraków xD. No to jak Gabryśce pokazałem na zdjęciach googlowych jak wygląda Singapur… To się trochę zaskoczyła dziewczyna xD.
No i tak. Centrum miasta robi wrażenie. Z tymi rozbitkami to nawet ma sens, bo nad całym miastem góruje „statek” osadzony na trzech wieżowcach. Hotel. Zajebisty hotel. I to zajebiście drogi hotel.
Resztę dnia bujam się po mieście. Z godziny na godzinę pogoda się znacząco poprawia. Pod wieczór nawet wychodzi słońce. A ja przypadkiem spotykam… Tang! Ojej. Co za spotkanie. Dotarła. Minęliśmy się w centrum. Taka niespodzianka. W 7 milionowym mieście…
Wieczorem idę coś zjeść i popisać. Zastanawiam się co z noclegiem. Odpowiedź przychodzi sama. Znajduje się host. Szok. Bo w Singapurze znaleźć hosta to graniczy z cudem. Nie dlatego, że ich nie ma. Tylko dla tego że chętnych jest za dużo. A tu proszę. I jeszcze nie daleko. Pół godziny spacerkiem. Zapowiada się spokojniejsza noc niż się spodziewałem
